Przyszła?

Termin się zgadza, więc chyba jest, chyba przyszła ta wyczekiwana (tiu,tiu, pitu, pitu, ble, ble)) kochaniutka WIOSENKA. Dobrze przypuszczacie, uważając, że powyższe, pierwsze zdanie nie świadczy o mojej wielkiej do niej sympatii. I nawzajem. W zakamarku duszy przyznaję jej jednak rację, bo…

Przyszła dzisiaj….chyba… wcześnie rano,

rozchyliła kielichy  krokusa.

Rozwinęła liście trzem tulipanom,

rozejrzała się i 

w ogród dała dała susa.

A pytając, gdzie mam inne kwiatki,

nie skrywała swego oburzenia.

Patrząc na moje zdziczałe rabatki,

rzekła: -Nie mam miła,

tu nic do zrobienia.

I dodała: Nie dziw się, kochana,

znam podobne jak ten twój – przypadki.

Nie zostanę tu, a jutro od rana

kwiaty będą kwitnąć,

ale u sąsiadki.

Wrzesień

Wrzesień.

Jesień?

A, skądże!

Wybaczcie, że znów się mądrzę,

ale to jeszcze nie jest JEJ CZAS.

Na drzewach przecież wszystkie liście

nadal zielone soczyście

i nie zbrązowiał las.

Wrzesień.

Jesień?

Ot, bzdura!

Niebo w świetlanych lazurach

i nadal blisko, tuż przy mnie

kwitnie mi ślicznie i zdrowo

begonia z rozwianą głową

i żółte cukinie.

I bez względu na poglądy oznajmiamy wszyscy zgodnie:

Lato jest i będzie z nami  jeszcze pełne dwa tygodnie.

Kwitną WRZOSY? Tak, bo WRZESIEŃ, ale to jeszcze nie JESIEŃ.