Z COCA-COLĄ? NIE! NIE! NIE!
Dawno, dawno temu na płaskowyżu w Andach, w państwie Peru ( ale i w Boliwii, czy w Chile) uprawiano coś, co, mogło zaspokoić głód wielu, a co wytrzymywało niekorzystne, ubogie warunki – a był to ZIEMNIAK. Do Europy trafił podobno pod koniec XVI wieku, a do Polski przywiózł go Jan III Sobieski – w formie egzotycznego kwiatu zresztą, dla znanej ogólnie kochanki. Dopiero pod koniec XVIII wieku BULWĘ ZIEMNIACZANĄ rozpleniono porządnie i zaczęto ją hodować na większych obszarach. Pomijam szczegóły dotyczące jej poznawania i doskonalenia na tle dziejów – dość, że dziś można się nią najeść. Nadal. I to jest wspaniałe.

I OBY TAK BYŁO DALEJ, BO……..

Gdzieś przeczytałam, że w starym słowniku języka polskiego (J.Karłowicz, chyba początek XX wieku) przytoczono około 100 ludowych określeń ziemniaka. Niektóre funkcjonują do dziś: Na Mazowszu i na Śląsku – to KARTOFEL lub ZIEMNIAK. Na Kaszubach – to BULWA. W Małopolsce – są GRULE, a w Pyrlandii, czyli w Wielkopolsce – PYRY. Zauważyłam, że obecnie w całej naszej Ojczyźnie każdy nazywa ziemniaki tak, jak chce. I bardzo dobrze, bo:

Jedni lubią biszkopty, salceson, miód, gofry,
no i dobrze lubcie sobie, proszę,
a ja, żyć bym nie mogła bez zwykłych kartofli
i kartofle wciąż do domu znoszę.

Gdy pomyślę, że na świecie mogłyby nie być,
kartofelków, ziemniaczków, czy gruli,
to smutek mnie ogarnia i chce mi się powyć,
a ma dusza ze strachu się kuli.

Gotowany, pieczony, starty, rozgnieciony,
jako frytka, smażony w panierce,
pokrojony, utarty, czy też upieczony-
to on koi mój brzuszek i serce.

Furda, kasze ( nie nasze), tapioki, burgule,
pal sześć kluski i wszelkie placuszki,
gdy grul nie zjem – to czuję jakieś dziwne bóle
i drętwieją mi wszystkie paluszki.

OKOPOWE, OKOPOWE – CZYLI MIĘDZY INNYMI – WŁAŚNIE PYRY!


