Pierwszy śnieg, ostatnie kanie

czyli notatka – wspomnienie z 18 i 19-go listopada

Obudziłam się, spojrzałam, a tu biało,

o, do licha, ile śniegu napadało!!

Czyżby przyszła do nas ukochana Zima?

Przecież długo tu jesienią nie wytrzyma! 

Bądź ostrożna Zimo i miej na uwadze,

fakt, że rzadko nas odwiedzasz w listopadzie.

I dodałam zanim znikła: – Wróć tu w grudniu,

w dobrze znanym ci terminie, po południu.

Bardzo proszę, moja miła, zapamiętaj,

że pobielić masz w tym roku znane ŚWIĘTA.

Polizałam jeszcze kilka płatków, bo zawsze badam smak pierwszego śniegu i brnąc przez ogród znalazłam jeszcze kilka ostatnich KANI.  Główki miały lekko zmrożone (puk, puk…palcem), ale jeszcze jędrne i bez lokatorów.

Mam nadzieję, że się nikt nie boi KANI,

KANIA nigdy was nie struje i nie zrani,

(w odróżnieniu od takiego SROMOTNIKA,

KANIA nigdy was nie zmieni w nieboszczyka),

a smażone na masełku pyszne KANIE

na kolację, albo nawet na śniadanie,

bądźcie pewni – wręcz królewskie jest to danie.

( sorry, za tego nieboszczyka, ale taka jest prawda)

PS. z dnia 23.11.2023r  Jeszcze się nie wycofała. Siedzi. Przynajmniej tu u nas pod Warszawą! Oczywiście mowa o zimie.

Jedna myśl na temat “Pierwszy śnieg, ostatnie kanie

Dodaj komentarz