Zachcianka

Nie jestem entuzjastką diet jako takich, bo ogólnie uważam, że jeśli człowiek nie ma bezwzględnych medycznych przeciwwskazań to powinien jeść to, na co ma apetyt, a tylko z umiarem. Tak, tak, wszyscy wiemy, że niektóre składniki pokarmowe są lepsze dla naszego zdrowia, a inne mogą nam zaszkodzić, warto jednak pamiętać, że opinie w tej materii też się zmieniają w zależności od wyników kolejnych badań naukowych. Dziś jednak miałam niesamowitą ochotę na COŚ SŁODKIEGO, A W DOMU NICZEGO TAKIEGO NIE BYŁO! Staram się, zwłaszcza przed takimi Świętami jak te nadchodzące, nie zaopatrywać domu w słodkości, mam bowiem świadomość, że w te kolejne dni będziemy mieli  ich spory wybór, ale DZIŚ NIE WYTRZYMAŁAM. Od kilku godzin „chodziła” za mną ta potworna oskoma  (może  wprowadziłam się w ten stan podczas śledzenia posiedzeń SEJMU?), ale przed chwilą zrobiłam sobie COŚ, co będę sobie chrupać do końca dnia. Ktoś z Was miał do czynienia z takim przepisem?

Rozpuściłam na patelni pół łyżki masła.

Wrzuciłam do niej szklankę górskich płatków owsianych.

Mieszałam, mieszałam, mieszałam.

Dodałam pół szklanki CUKRU – można mniej, można więcej, zależy to od siły waszego pragnienia.

Zwiększyłam płomień i znów mieszałam, mieszałam, aż płateczki  zaczęły zmieniać kolor na sjenę paloną i pokryły się warstwą karmelu lekko się zlepiając.

Wystudziłam i chrupię cały czas. Czego i Wam życzę, jeśli znajdziecie się w podobnej sytuacji!

 

Pierwszy śnieg, ostatnie kanie

czyli notatka – wspomnienie z 18 i 19-go listopada

Obudziłam się, spojrzałam, a tu biało,

o, do licha, ile śniegu napadało!!

Czyżby przyszła do nas ukochana Zima?

Przecież długo tu jesienią nie wytrzyma! 

Bądź ostrożna Zimo i miej na uwadze,

fakt, że rzadko nas odwiedzasz w listopadzie.

I dodałam zanim znikła: – Wróć tu w grudniu,

w dobrze znanym ci terminie, po południu.

Bardzo proszę, moja miła, zapamiętaj,

że pobielić masz w tym roku znane ŚWIĘTA.

Polizałam jeszcze kilka płatków, bo zawsze badam smak pierwszego śniegu i brnąc przez ogród znalazłam jeszcze kilka ostatnich KANI.  Główki miały lekko zmrożone (puk, puk…palcem), ale jeszcze jędrne i bez lokatorów.

Mam nadzieję, że się nikt nie boi KANI,

KANIA nigdy was nie struje i nie zrani,

(w odróżnieniu od takiego SROMOTNIKA,

KANIA nigdy was nie zmieni w nieboszczyka),

a smażone na masełku pyszne KANIE

na kolację, albo nawet na śniadanie,

bądźcie pewni – wręcz królewskie jest to danie.

( sorry, za tego nieboszczyka, ale taka jest prawda)

PS. z dnia 23.11.2023r  Jeszcze się nie wycofała. Siedzi. Przynajmniej tu u nas pod Warszawą! Oczywiście mowa o zimie.

…ale to już było

Było, ale pytanie jest nadal aktualne. Nie ma głupich pytań. Czekam na odpowiedź.

SZTUKA? ZWYKŁA SZTUCZKA?

Tytuł -poranne owoce do jogurtu
Tytuł: Owoce do porannego jogurtu

Tytuł - Przejrzałe owoce do jogurtu
Tytuł: Przejrzałe owoce do porannego jogurtu

Czy istnieją w tym kraju przejrzyste wytyczne

dotyczące tego, co jest ładne i prawdziwie artystyczne?

Czy jest jasne, co odrzucać, tępić, traktować jak kicz i śmieć?

I czego prawdziwy Polak nie powinien w domu mieć?

Tytuł - Pejzaż323
Tytuł: Pejzaż 324

Pytam, bo chcę być cool i oczywiście  au courant

i wiedzieć: oto sztuka,  a to obok – zwykły  kant.

Czy prosty obraz: „Czarne Kropki Na Zielonym Tle”,

jest już sztuką, a „Jelonek Przy Źródle”to  już nie?

Wąchock 2010,Głosków 027

Czy rzeźba: „Sołtys W Glinie?” zasłużył na sławę?

IMG_7785  IMG_7783

Chyba tak, bo gdy zerkam na kolejną zjawę,

myślę, że za tę w spiżu ciosaną, setną, znaną postać,

twórca  powinien mandat (wysoki!) lub, wręcz areszt dostać.

Tytu - Co zobaczyłam we wzorze kafelków w łazience
Tytuł: Ujrzana we wzorze kafli łazienkowych

Dlaczego coś jest sztuką? Gubię się w tym świecie.

Liczy się kontekst? Nazwisko? Zamysł? Też nie wiecie?

Czasem patrzę na DZIEŁO i myśl przyfruwa zła:

więcej piękna i czaru  niż TO, w sobie ma –

jesiennie odmieniona kupka psia.

nowy folder 013

Nie mam złudzeń i wyjaśniam, (to ostatnia sprawa):

Moje rymki – to nie  SZTUKA –  tylko, ot,  ZABAWA.

Jesień. Ta sama?

Niby inna, a jakby zawsze taka sama

ta nasza jesień. Wiem, wiem, to zresztą nie dramat,

no, raczej……

Patrzcie, tak samo jak zawsze wirują liście

i żółcąc się, jak zwykle, spadają rzęsiście.

A jednak inaczej…

I spójrzcie, na tle lasu znów ta rdzawa plama

inna niż w zeszłym roku, chyba, że ta sama!?

No, może …

Może oczy mam zasnute wczorajszym deszczem

i źle widzę? Ech, bzdura, dobry wzrok mam jeszcze!

O, mój Boże….

Ile jeszcze przede mną tych pięknych jesieni?

Ech, nieważne, to przecież niczego nie zmieni,

lub niewiele, no cóż… .

Będzie oglądać zmienną jesień na tym świecie

ktoś inny, choć podobny. Wszyscy o tym wiecie…

Tak ma być! I już!

Dolny Śląsk – dożynki w Pławnej

Wszystko to się działo pod koniec września podczas naszej kolejnej wizyty we wsi PławnaMIEJSCU MAGICZNYM, jak określa je miejscowy artysta – malarz i rzeźbiarz. Już jakiś czas temu skończyły się zbiory plonów tej pofałdowanej w mniejsze i większe pagórki  ziemi na przedgórzu Karkonoszy, ale przygotowania do dożynek trwały dłużej, bo kończono oddanie wiejskiego Domu Kultury, który był centralnym miejscem tegorocznych uroczystości, a który mieści się w odnowionej starej stacji kolejowej.

Tory przebiegające w jej  pobliżu już dawno zamieniono w ścieżkę rowerową. Można nią dojechać do Lwówka Śląskiego. Wejście na teren dożynek otwierała oryginalna brama z zawieszonego między  ramionami  dźwigów  wielkiego snopa, a po przejściu miejsc zajętych przez ogromne ( i nie wszystkie mi znane) maszyny rolnicze było się już w samym centrum dożynkowego rejwachu. Byliśmy wcześnie, ludzie dopiero zaczynali nadchodzić, ale co ja tu będę opisywać!!

P1020766

Drodzy czytelnicy i czytelniczki! Oto króciutki fotoreportażyk z dożyneczków w tej piękniutkiej wioseczce Dolnego Śląska.

Zapraszamy do stoisk! Po prawdziwe chlebki, miody, smalczyki, ogóreczki, marynaty i tegoroczne dynie!

I były też występy lokalnych zespołów! I był konkurs na najpiękniejszy dożynkowy wieniec!

Działo się tam, działo. Był i pieczony prosiak na rożnie, i tańce, i swawole najrozmaitsze…..ale my nie braliśmy już w tym udziału. A powyżej, na grani, po jeszcze zielonej łące zaczęły schodzić piękne krowy sąsiada i cichym muczeniem oznajmiały, że czas już do domu….

Dolny Śląsk – wulkany

czyli kolejna wizyta na ulubionym DOLNYM ŚLĄSKU

Tym razem KRAINA WYGASŁYCH WULKANÓW:

Tak, dawno, dawno temu na naszej polskiej ziemi też mieliśmy swoje wulkany. Wprawdzie nie aż niebezpieczne, ale były!! Wiele wskazuje na to, że wypluwały coś z siebie szemrząc i sycząc, ale wielkich szkód raczej nie robiły, nie tak, jak te znane, zalewające wszystko co jakiś czas tonami lawy. Były grzeczniejsze. Największy, ale najmłodszy z nich to OSTRZYCA. Dziś łagodny „pagórek” o wys. trochę ponad 500m n.p.m,  pokryty pięknym lasem. Stojąc na szczycie, na zastygłych, bazaltowych blokach lawy możemy się zachwycać wspaniałymi widokami tej okolicy. OSTRZYCA jest czasem nazywana polską Fudżijamą, bo chociaż o wiele mniejsza, to zachowała podobną do niej wulkaniczną sylwetkę.

Skąd o tym wiemy? Zwiedziliśmy tym razem Sudecką Zagrodę Edukacyjną w Dobkowie na pogórzu kaczawskim. Zagroda to pięknie odrestaurowany zespół budynków na bazie autentycznej dawnej zagrody. Obejrzeliśmy  świetnie przygotowane ekspozycje i makiety. Tam o wulkanach wiedzą wszystko. Jednym guziczkiem można było sobie włączyć buchające parą gejzery, obejrzeć co się dzieje, kiedy niefortunnie zatkamy nurt rzeki, można było się udać na trasę w poszukiwaniu polskich agatów i wyszlifować je na miejscu, a przede wszystkim dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy związanych geologiczną historią tych okolic.

Można było też przeżyć „trzęsienie ziemi”. Wystarczyło wejść na platformę, która wyglądem przypomina ring bokserski, a miła pani przewodnik też za jednym wciśnięciem guziczka i fundowała chętnym wstrząsy o sile 4 stopni. Oj, trudno bez chwycenia się balustrady ustać na własnych nogach.

Co jakiś czas odbywają się tam spotkania ze specjalistami z różnych pokrewnych dziedzin – my wysłuchaliśmy prelekcji hydrogeologa z Państwowego Instytutu Geologicznego na temat suszy, jej rodzajów i podejmowanych (chociaż nie zawsze) działań zapobiegających.

Przewijające się grupy indywidualnych turystów oraz wycieczek, zwłaszcza szkolnych, świadczą o atrakcyjności i popularności tego miejsca, które być może niebawem dołączy do Światowej Sieci Geoparków UNESCO.

Jesienne lato

Pani Pająk do rządzenia skora,

rzekła: – Mężu, już najwyższa pora

zebrać żarcie i dzieci,

opuścić zwiewne sieci,

zanim złapie nas jesienna zmora.

Posprzątajmy zatem w letniej chacie,

i spakujmy muszki w marynacie,

zbierzmy swoje pamiątki,

nitki, liście, os szczątki

zanim przyjdzie zima w białej szacie.

Jak podaje leśna kronikarka

Pająk – mąż przez chwilę nieco sarkał,

lecz gdy żona i dzieci

opuścili już sieci,

znalazł willę w sosny zakamarkach.

Pogodzili się łatwo z tą stratą,

bo wyjaśnił im pan Pająk – tato,

że właśnie z tej przyczyny 

puste już pajęczyny

mogą snuć się jako BABIE LATO.

BIŻUTERIA BABIEGO LATA

„Internet” – nie ma liczby mnogiej

Bez tytułu

Starsza pani wyjechała na dni parę.

Piękny wrzesień! Wzięła plecak i gitarę,

bo w plenerze nic jej więcej nie potrzeba,

no, tak, racja, oprócz wody oraz chleba.

Gdy wróciła, zobaczyła, że, o rety,

ktoś jej zgarnął z komputerka INTERNETY!*

Czyżby przyszło jej, o zgrozo, po tej stracie

szukać bajek ukochanych gdzieś w POLSACIE?

Przeczytała wszystkie miłe jej książeczki,

wydziergała już dla wnuków skarpeteczki,

gotowała przez pół wieku dla rodziny,

urządzała imieniny, urodziny,

wychowała, to, co mogła z niezłym skutkiem –

a dziś zniknął jej INTERNET, a to smutne.

Choć odeszły dawno temu wszystkie ciocie,

miała przecież na fejsbuku ziomków krocie.

Część przyjaciół też już bawi w innym świecie,

ale miała stos znajomych w INTERNECIE!

I mówiła: – Moi mili, ja tam lubię

zerknąć jak ktoś piecze ciasto na jutubie,

Dziś zabrakło starszej pani tej podniety,

bo po prostu ktoś jej odciął INTERNETY

* nigdy tak nie mówimy!

PS. Nie mieliśmy INTERNETU przez kilka dni – stąd rymowanka.

Jeszcze raz…

Zapraszam, zapraszam – wróćcie ze mną raz jeszcze, na chwilę do  MAZURSKIEGO lata. Wielkie jezioro Śniardwy, na którym znów przebywaliśmy przez kilka wrześniowych dni obdarzyło nas tym razem PIĘKNEM i SPOKOJEM.  Wiatr się rozleniwił, więc żeglowanie też było powolne, wręcz spacerowe. I była  CISZA, bo znacznie mniej było też innych łodzi, ale:

Byliśmy na jednym długim koncercie ŻURAWI, które zwoływały się na ostatni sejmik przed odlotem – przez kilka wieczornych godzin krążyły akurat nad nami…

a słońce zachodziło, zachodziło i zaganiało do szuwarowych sypialni pary łabędzi, rybaków….a my usłyszeliśmy tęskne porykiwania jeleni gdzieś w pobliskich lasach…

a potem znów wzeszło słońce….i odsłoniło kilka kaczych rodzin (nocowały z nami?)…i usłyszeliśmy szum, ale to nie był wiatr, tylko przelatująca banda kormoranów….

a potem wszystko ucichło, wiatr się schował nie wiadomo gdzie, a my snuliśmy się po tym gładkim bezmiarze wody, sfalowanej tylko momentami przez przepływające inne łodzie…

aż dotarliśmy na ostatnią noc – już na jeziorze Bełdany, a w ostatni dzień, który zaczął się lekką mgiełką, a rozwinął się pełnym słońcem dobiliśmy do portu. I wróciliśmy do domu…

Wrzesień

Wrzesień.

Jesień?

A, skądże!

Wybaczcie, że znów się mądrzę,

ale to jeszcze nie jest JEJ CZAS.

Na drzewach przecież wszystkie liście

nadal zielone soczyście

i nie zbrązowiał las.

Wrzesień.

Jesień?

Ot, bzdura!

Niebo w świetlanych lazurach

i nadal blisko, tuż przy mnie

kwitnie mi ślicznie i zdrowo

begonia z rozwianą głową

i żółte cukinie.

I bez względu na poglądy oznajmiamy wszyscy zgodnie:

Lato jest i będzie z nami  jeszcze pełne dwa tygodnie.

Kwitną WRZOSY? Tak, bo WRZESIEŃ, ale to jeszcze nie JESIEŃ.