Jeszcze grzeje?

Grzało. Jeszcze kilka dni temu, a dziś? Schodki bez cieni, niebo bez cieni i tylko nie chce wpaść do nas z wizytą tak potrzebny już deszcz.

No, tak. Wrzesień. Pani Jesień pośpiesznie nadchodzi?!

Znacznie szybciej niż przed laty, gdy byliśmy  młodzi.

Zresztą, wszystkie  pory roku pędzą jak szalone,

jakby brały udział w dziwnym czasu maratonie.

Lata pędzą, pędzą, gnają, jakby – były dniami,

dni zaś biegną, lecą jakby – były godzinami.

I dziś już nie mamy mocy, nie jesteśmy zdolni,

by przywrócić dawne tempo, bieg czasu spowolnić.

Wiedząc, że w tym życia pędzie niczego nie zmienię,

siedzę na wrześniowym słońcu i bawię się w CIENIE.

Mój repertuar jest dosyć ubogi, a i wykonanie niezbyt precyzyjne. Siedziałam u siebie na schodku wejściowym w pełnym wrześniowym słońcu, zobaczyłam swój cień i wróciłam do dzieciństwa. Nie dziwota, prawda? Czy ktoś mi przyśle jakieś swoje, lepsze tematycznie cienie ? Będę wdzięczna.

nie pokazuj palcem

                                        Nigdy niczego nie pokazuj tym palcem

Traktorzystka

                                        Ballada o traktorze

Dzisiaj balladkę krótką przemycę:

Był raz minister (a może VICE?),

który otrzymał w ślubnym prezencie

nowiutki traktor. Macie pojęcie?

IMG_8119

INSTRUKCJA:

W prezencie możesz dać, przyjacielu –

kryształ, szklaneczki, bon do hotelu,

mikser, kawiarkę, grill też się nada,

nawet dać quada – też nie żenada!)

 

LECZ TRAKTOR? – Wice był zachwycony:

– Spójrz, jakie cudo! – krzyknął do żony –

ty coś zaorzesz, ktoś coś tam wsieje,

jak deszczyk zmoczy, wietrzyk zawieje

miło mi będzie patrzeć jak orze,

ma młoda żonka na tym traktorze.

I panna młoda w skowronkach cała

wsiadła na traktor. Trzy dni orała.

Mąż krzyczy: – Zsiadaj! Ona nie chciała.

Wesele dawno już zakończone,

błaga więc wice swą świeżą żonę:

-Zejdź już, ugotuj coś na obiadek!!

A żona: – Sam zrób!! Widzisz, że jadę?!!

On prosi: – Zejdź już z mego traktora,

na inne prace nadchodzi pora!

A ona siedząc na tym traktorze,

krzyczy: – Nie zejdę! – i dalej orze.

IMG_8121

Krótko dodam (żeby wreszcie jasne było wszystko):

Ślub brał wice od rolnictwa z piękną traktorzystką.

Nie ma się co dalej dziwić, krzyczeć, protestować,

wice przecież musi rządzić, ona będzie orać.

„Późnoletnie”naleśniki z malinami, bez deszczu.

Są późnojesienne mgły, wczesnojesienne orki, późnowiosenne kwiaty, wczesnowiosenne burze, a jak wpisałam „późnoletnie”  to mi googlowski mędrzec podkreślił, a przecież MUSI być takie słowo. Jest ono chyba po prostu rzadziej używane, bo kto tam lubi myśleć o późnym lecie, czyli końcówce urlopów, wakacji i przygód różnych. W tym roku letnie słońce, a z nim upały i susze dało się we znaki w całej Europie i nie tylko. Czy tak już będzie każdego następnego lata? Gdzie te nasze swojskie, polskie, deszczowe, lipcowe dni, które przecież też mieściły się w  „spisie treści” księgi zwanej ŻYCIEM. O naleśnikach zaraz będzie, przypomnę wam tylko piosenkę  naszego starego zespołu na dowód tego, że o deszczu można śpiewać różnie. Szukałam piosenki o upałach – nie znalazłam.

Deszczy nie ma, późne lato, więc są jeszcze późnoletnie MALINY. Kto by piekł mięcho w takie dni, kiedy można zrobić delikatne, swojskie, mięciutkie i zgrabne naleśniki z serem, i  z „biżuterią” malinową na wierzchu? Przypominam: Naleśniki były ponoć już znane w starożytnej Grecji, zachwalał je w IV wieku p.n.e  komediopisarz Kratinos, chociaż przypuszczam, że wyglądały wtedy nieco inaczej.  Te mieszaniny mąki, mleka i jaj miały różne formy, pieczono różnymi sposobami, a to na kratkach z gałązek, a to na dużych liściach („na liściu, na lese” – u Słowian) i stąd nazwa (podobno).

Te współczesne, patelniane są wam przecież doskonale znane, no to…hop.

Można je jeszcze ozdobić smakowo przez wrzucenie na wierzch każdego naleśniczka kulki z ubitej i schłodzonej śmietany. Wchodzą łatwo i przyjemnie. A wracając do deszczu, to tak, przydałoby się kilka deszczowych dni, bo jak mają wyleźć z leśnej, wysuszonej ściółki wczesnojesienne grzyby? Życzę zatem nam wszystkim trochę deszczyku, deszczu, zlewy, ulewy, pompy wręcz, bo ja już się za tym stęskniłam. A wyszłabym wtedy i zaśpiewała:

Oczywiście niech nie leje za długo i za dużo, miejmy na względzie rodziców, bo trzeba wziąć pod uwagę fakt, że…..„W czasie deszczu dzieci się nudzą”:

O, ludzie mili! Właśnie zaczęło coś kropić!! A ja siedzę z naleśnikiem na talerzu na werandzie i się cieszę!!

do trzech razy sztuka, czyli…

 Latofotki 3/2022

Po tym postoju w sławnych Mikołajkach późnym popołudniem docieramy do trzcinowiska na lewym skraju Śniardw. „Zapuszczam” wędkę, bo cenię sobie świeże, smażone okonki, ale wyławiam tylko tyle, ile zjemy (4). Z daleka przepływa „Fryderyk Chopin” – to nasz największy żaglowiec śródlądowy – bryg ( takie żaglowce były bardzo lubiane przez piratów). Rozwija żagle, a do nas dochodzi echo poważnej muzyki. To kilkugodzinne, romantyczne rejsy wycieczkowe z możliwością zjedzenia obiadu lub kolacji, ( z rybnym akcentem, oczywiście). Bryg mogą też wynajmować firmy na wszelkie, mniej lub bardziej nastrojowe uroczystości biznesowe, a ktoś brał tu też ślub.

A rankiem, wcale znowu nie takim wczesnym, wiatry popchały nas znów przez jezioro, ale już w innym kierunku. Weszliśmy na jezioro Seksty, a przez nie do kolejnego zakamarka tych wód – na jez.Kaczerajno, gdzie przycupneliśmy na cały kolejny. dzień.

Czy kogoś ciekawi jak się żywiliśmy ? Zawekowałam kilka prostych dań ( leczo, gulasz, kapusta z kiełbaską, kawałki kurczaka w curry, zupa wiśniowa) i trzeba było tylko dogotować ryż, albo ziemniaczki, albo makaron. Kuchenka na miejscu (spirytusowa, świetnie działa), potem kawka, a potem…zmywanie, niestety.

Powrót na początek Śniardw i w „grążelowej” zatoczce przeczekujemy kolejny dzień. Żółte kwiaty już przekwitły. Obok nas TRZECH PANÓW w trzech łódkach”, (ale bez psa). Ich chyba też przygnała tu zapowiedź deszczowej i burzliwej soboty. Na noc rozstawiamy podwieszony namiot.

W niedzielę,  w tempie na jaki pozwala wiatr –  wracamy. Nie płyniemy już na wprost do Mikołajek, tylko skręcamy w lewo na szlak jeziora Bełdany. Mijamy Wierzbę, miejsce z Ośrodkiem Pracy Twórczej PAN-u  i z jedyną na Mazurach przeprawą promową ( łączy odległe od siebie o 360 metrów dwa brzegi  jeziora, przeprawa trwa ok.10 minut).

Ostatnia noc, dobijamy do portu, zwijamy żagle, porządkujemy „Pigwę” i do cywilizacji docieramy w świetle innego już zachodzącego słońca.

woda i ląd, czyli latofotki 2/22

Jezioro ŚNIARDWY ( nazywane przez niektórych Strasznymi Śniardwami), chociaż jest największym jeziorem w Polsce (ponad 100km. kwadratowych), to niestety nie najgłębszym. Panoszą się tu skupiska kamieni i mielizny, na szczęście oznaczone tyczkami, których bacznie wypatrujemy w drodze na Okartowo. Po minięciu 2 mostów w Okartowie wpływamy na dosyć długie, kręte i raczej wąskie jezioro Tyrkło, gdzie nocujemy, stojąc na dwóch kotwicach. 

I znów wracamy powoli na Śniardwy, wchodzimy na wody jeziora Mikołajskiego, żeby odstawić do Mikołajek naszą wnuczkę, która musi wracać do domu. Jezioro nam sprzyja, wiatry niezbyt groźne, a przecież potrafią tu czasem rozbujać bardzo nieprzyjemne fale. W 2007 roku przeszedł przez część szlaku mazurskiego tzw. biały szkwał. Huraganowy wiatr trwał około kilkunastu minut i zatopił wiele łodzi, a 12 osób straciło życie. Na Śniardwach wysokość fal dochodziła podobno do 2m.  Nie było wtedy żadnych systemów ostrzegania. Dziś, w różnych punktach szlaku stoi 17 masztów, które w razie zbliżających się złych warunków pogodowych ostrzegają pływających pulsującym światłem.  A my dopłynęliśmy szczęśliwie do Mikołajek, wyokrętowaliśmy wnuczkę, zrobiliśmy zakupy, a nawet, co nam się rzadko zdarza, zjedliśmy posiłek w sympatycznej restauracji ” NÓŻ W WODZIE.”

UWAGA: Dostałam pozwolenie na sfotografowanie Mimi i nóg jej pana, które były odziane w fascynujące czerwone buty.

Wypływamy, mijamy tzw. jednostki wycieczkowe i znów na Śniardwy, a dla zainteresowanych trzecia część naszego lata na wodzie w następnym wpisie.

niebo i woda czyli latofotki1/22

No, już wiecie, że wróciłam. I w tej chwili cieszę się z tego. Dawno, dawno temu, kiedy miałam jeszcze poczucie własnej nieśmiertelności, wyjeżdżałam i wracałam w ogóle nie zastanawiając się nad tym, że nie zawsze i nie wszyscy wracają do domu. Teraz jest trochę inaczej, ale OK, miało być o czymś zupełnie innym. Znów udało mi się wdrapać na łódź i całe dwa tygodnie mogłam patrzeć wyłącznie na niebo i na wodę…no, przesadzam, jakieś inne obrazy też się tam przewijały.

Działo się to na jeziorach Mazurskich, a właściwie głównie na jednym, największym, czyli na Śniardwach. Tam właśnie można odczuć, że:

CZASEM, Moi Mili, niewiele potrzeba,

żeby wpaść na moment z wizytą do NIEBA

W tym roku nie pognały nas wiatry na północne rejony Szlaku Mazurskiego. Z jeziora Bełdany nasza „PIGWA” korzystając z korzystnych wiatrów przepłynęła przez  jezioro Mikołajskie i przez przesmyk zwany Przeczką dostała się na ŚNIARDWY i już nie chciała gdzie indziej podróżować

A NIEBA nad ŚNIARDWAMI były, jak to z niebem bywa, różne, ale i podobne do siebie

A WODA na ŚNIARDWACH była, jak to z wodą bywa, różna i podobna do siebie, a zależało to od NIEBA, SŁOŃCA I WIATRU:

„”PIGWA” wyraziła zgodę na zwiedzenie kilku zakątków na Śniardwach….czyli dalszy ciąg mazurskiej galerii nastąpi.

Wróciłam. I co?

Wróciłam i co? Pobiegłam do ogrodowych skrzynek sprawdzić plony. Deszcz olał moje uprawy i podlał pewnikiem coś komuś gdzie indziej, bo te kilka ogórków, które znalazłam można porównać do kartaczy albo granatów. Ogóreczki, jak wiadomo potrzebują sporo wody. O dziwo, w drugiej skrzynce zaroiło się od czerwonych pomidorków. Jest co skubać, a już obłędną niespodziankę sprawiły mi cukinie, no, popatrzcie sami: 

To nie wszystkie. Zdjęłam z krzaczków pierwsze siedem kilogramów, co zmusza mnie, niestety do stawienia czoła kulinarnym wezwaniom. Ach, ach, czyż podołam? Sympatyczna blogerka Mysz w Sieci smażyła placki, też je zrobię, ale ile można ich zjeść? Trzeba rozpocząć działalność „zaprawczą.” Uff!

Co więcej? TAK, prosto z ogródka weszłam do sieci, oj, głupia!

A tam CIĄGLE TO SAMO:

Ktoś ratuje dzieci i psy z zamkniętych samochodów, ktoś wpada samochodem na inne auto, ktoś omyłkowo zabija maczetą nie tego wroga, którego miał zamiar zaciukać, ktoś skacze na główkę w pierwszą lepszą zauważoną wodę, ktoś pobił się w sklepie o ostatnie pięć torebek cukru, ktoś zrzucił psa z mostu i podpalił kota, ktoś ukradł najpierw dwa auta, potem karetkę i wóz strażacki, ktoś zostawił w Oknie Życia pijaną 20-latkę, ktoś komuś, ten tamtemu, oni nam, a na dokładkę: TE spodnie sprawią, że nikt nie zauważy twojej wielkiej pupy, TE sandałki wydłużą ci i wysmuklą łydki, TEN pas do pończoch podniesie temperaturę w związku, TE spodenki pasują do wszystkiego,TEN sprzęt sam myje okna, TO mydło do brwi (Rany Julek, naprawdę istnieje?) jest najlepsze, TA celebrytka chce się rozwieść z TYM celebrytą, ale budują willę na Filipinach, a wszyscy już wiedzą co pani Cichopek uważa o nowej wybrance pana Hakiela. 

NIC DODAĆ,  NIC UJĄĆ.

A przede wszystkim WOJNA która trwa i trwa i trwa…

Znacie tę słynną dawniej pieśń buntu czyli tzw.”Miedzynarodówkę”?

REFREN ORYGINALNY:    BÓJ TO JEST NASZ OSTATNI,

                                             KRWAWY SKOŃCZY SIĘ TRUD,

                                             GDY ZWIĄZEK NASZ BRATNI 

                                             OGARNIE  LUDZKI RÓD

PROPOZYCJA REFRENU:       BÓJ TO NIE JEST OSTATNI,

                                               NADAL TRWA KRWAWY TRUD,

                                               GDY ZWIĄZEK NASZ BRATNI

                                               ZAGARNIA LUDZKI RÓD.

Koniec z takimi wpisami! Wszystkich pozdrawiam po-urlopowo i idę przygotowywać cukinię oraz „Latofotki 2022”

 

letnie odcięcie.

Najwyższy czas, żeby się trochę odciąć. Przez  ODCIĘCIE SIĘ rozumiem oczywiście zawieszenie wszelkiego kontaktu z mediami i przypatrywanie się głównie temu, co rośnie, fruwa, pluszcze i co płynie nade mną. Przerwa. Mam nadzieję, że zrozumiecie więc brak moich „polubień i komentarzy,”a także wpisów. Tych z was, których oglądam i czytam obejrzę i przeczytam po powrocie. Jeszcze zrobiłam ciasteczka serowe, jeszcze upiekłam jednego wielkiego „gołębia”, jeszcze obejrzałam przez okno prawdziwą gołębią rodzinę, jeszcze wyskoczyłam podlać kwiatki i warzywa i odkryłam ślady ogrodowego morderstwa, ale już mnie nie ma.  

Strzelałam przez szybę, a ona ostatnio nie była myta, więc jakość taka sobie.

Wszystkim tu zaglądającym życzę wspaniałego letniego wypoczynku. Takiego oczywiście, jaki każdy z was lubi.

masz pytanie?

Jeżeli  ciągle jeszcze zadajesz  pytania,

znaczy to, że ciekawość świata w tobie siedzi,

bo jak nazwać to coś, co cię nadal skłania

do szukania na nie odpowiedzi?

I nawet, gdy masz  o wszystkim  własne zdanie

przekonany, że  posiadłeś wiedzę całą,

dobrze, jeśli  gnębi cię  jakieś pytanie,

BO WIESZ, ŻE WIESZ DUŻO, ALE WCIĄŻ ZA MAŁO

Czy istnieją złociste komary?

Czy nasz świat jest młody, czy stary?

Skąd, do licha, wzięło się to wszystko?

Co to znaczy : mieszać kopystką?

Jak gotować zupę śliwkową?

Czy jeść jajka i szczypior – to zdrowo?

A jak zmarła święta Łucja?

A co to jest konstytucja?

Czy coś się zmieni w tym kraju?

Dlaczego maj jest w maju?

Te kościoły, w jakim są stylu?

Czy są jakieś ryby w Nilu?

Czy Ziemia jest jedna jedyna?

A jak się przestrzeń  zagina?

Czy tak kiełkują ziemniaki?

To chwast? No, dobrze, lecz jaki?

Czy to jest kwiat jaśminowca?

Co znaczy zwrot: Czarna Owca?

Co będzie, jak nas już nie będzie?

Czy jest ktoś, kto był już wszędzie?

I to, o co pyta się wielu:

Jak płynąć, by trafić do celu?

gdzie płynąćA myśl zacna, choć stara niech zawsze ci w głowie  siedzi:

Pytaj, bo głupich pytań NIE MA, SĄ głupie odpowiedzi.

,

przyśpiewki paskudne jak mój humor

Humor mam paskudny i paskudne będą teksty. Nie radzę czytać.

Chodząc w lesie, czy pod lasem

podśpiewuję sobie czasem,

bo wiem dobrze, że śpiewanie

to trening na oddychanie.

Lecz się przyznam, moi mili,

że tekst mi się często myli,

Kiepska to dla mnie wiadomość:

Skleroza lub Podświadomość.

*

„Był sobie Król…”

 Tę przyśpiewkę często sobie wyśpiewuję w różnych tonacjach i stylach, ale ostatnio coś kręcę:

…Był sobie Król, był sobie Paź i była też Królewna,        

żyli wśród róż, nie znali burz, rzecz to zupełnie pewna.

Lecz srogi los, okrutna rzecz w udziale im przypadła:

KRÓLA zjadł KOT (?) PAZIA zjadł pies, KRÓLEWNĘ myszka zjadła.

(TU, jak widać, całkiem nie pamiętam

kogo, jakie pożarły zwierzęta)

IMG_7676

melodia: „Bo we mnie jest seks…”

Dziś jest we mnie gniew                          

co męczy i boli,

że jeden lub trzech

ten kraj roz…..oli,        ( np. rozchromoli?!)

czy pozwolić im na to, czy czekać na zew,

by działać im wbrew!?

 

I jest we mnie złość

co dławi i dusi,

i mam tego dość,                                         

i czasem mnie kusi,

żeby uciec daleko, daleko gdzieś, hen,

lecz wiek już nie ten….

I czuję też żal,      

byliśmy naiwni,

to już nie nasz bal,

a ludzie też inni…

i choć był wspólnym krajem i zawsze był NAJ… 

dziś chcą rzucić ten raj?

A dalej?

Zamiast trzymać się waszych blogów i przerywać sobie ich czytanie jakimś serialikiem, czy filmikiem – niepotrzebnie wskakuję w sieci na różne wiadomości i robię się coraz bardziej ponura i paskudna. I ogarnia mnie smutek i żal.  I bezradność. Czy MUSI się dziać, to co się dzieje KAŻDEGO DNIA na naszych drogach i  nad naszymi wodami?

Kolejne przyśpiewki, ale jeszcze bardziej paskudne:

Jadą wozy kolorowe… w dzikim tłumie,              

wśród nich pędzi jak rakieta

Zdziś, co wszystko umie,

według Zdzisia przecież tylko głupi ginie?!?

Zdzisio? Nigdy!! Jego zawsze zło ominie!

Jadą wozy kolorowe taborami…

już na stałe został Zdzisio gdzieś za nami….hej…

Płynie Wisła, płynie po polskiej krainie,

wskoczył Zdziś na główkę i już nie wypłynie.

Tylko po trzech piwkach, bo pić mu się chciało

i chciał szybko schłodzić swe rozgrzane ciało.

Jeśli macie zamiar gdzieś pojechać podczas tego lata – WRÓĆCIE, PROSZĘ!

Nie, nie chcę kończyć  takim ponurym akcentem, więc na koniec przyśpieweczka- reklameczka na melodię ” Moja mama z miasta Jokohama.” ( z operetki „Wiktoria i jej huzar.” .                                  

Już jest lipiec,

warto chyba przypiec

plecy, brzuszek oraz twarz,

please, ostrożnie,

to nie schab na rożnie,

AVA skin protection masz?