Dolny Śląsk – migawki zachęcające

Jak łatwo się zorientować chociażby po wpisach z maja i października b.r. Dolny Śląsk jest jednym z moich najbardziej ulubionych kierunków. Mam jeszcze kilka takich miejsc, ale na Dolnym Śląsku osiadła część mojej rodziny, więc migawki z tego pięknego regionu są uzasadnione, prawda?

Na drodze z Lwówka Śląskiego w kierunku Jeleniej Góry mijamy niewielką wieś leżącą ….

To wieś PLAWNA, prawdziwa wieś, w której domy stare i nowe stoją głównie wzdłuż dróg, niektóre niżej, inne wyżej

Otoczone często prawdziwymi płotami

A w niektórych domach, jeszcze niedawno można było znaleźć takie piękne i niezawodne piece, a w jeszcze innych wzrasta pieczony nadal w domu CHLEB.

Wieś PŁAWNA jest też otoczona pewną MAGIĄ. Malarz – Dariusz Miliński, oprócz domu i własnej galerii, grodu rycerskiego i arki Noego, zbudował ZAMEK LEGEND ŚLĄSKICH

W głównej sali można obejrzeć i wysłuchać kilku legend śląskich. Wykonawcy – to lalki o rozmiarach człowieka, ale my, widzowie możemy, pociągając za sznurki poruszać nimi w dowolny sposób, słuchając jednocześnie treści legend. To czynne uczestnictwo jest świetnym przeżyciem, potęgowanym jeszcze przez niesamowitą scenerię. W kilku mniejszych domkach są w sezonie organizowane warsztaty kuźnicze, ceramiczne, a także, o ile nic się nie zmieniło – teatralne. Resztę powinniście obejrzeć sami

Dziś wstąpmy jeszcze na moment do innej miejscowości tego tego rejonu – do PILCHOWIC.  Pilchowice to wieś w gminie WLEŃ.

Główną , pobliską atrakcją jest jezioro pilchowickie – zbiornik zaporowy na rzece Bóbr. Ta druga (po Solinie) co do wielkości zapora ma 69m wysokości – budowano ją w latach 1904 – 1912. W 1997 roku, roku wielkiej powodzi  woda przelewała się jednak przez koronę zapory.

Wpadnijcie kiedyś na Dolny Śląsk, a ja co jakiś czas będę Was zachęcać.

Żółtaczka żółto-żółcisto-miedziana

jak inaczej określić tę inną od wcześniejszej, rdzawo – czerwonej postać JESIENI? Rdza zbladła, zbrązowiała odrobinę i pomału robi się beżowa, ale…

Podczas kolejnej włóczęgi przysiadłam na moment na prostej, pasującej do otoczenia ławeczce, którą ktoś (leśniczy?) zmyślnie ustawił na skraju lasu. Pozwala na chwilę oddechu wynurzającym się z pośród drzew starszym osobnikom obarczonym czasem dodatkowo jakimś koszyczkiem, albo ułatwia decyzję tym, co jeszcze nie są pewni, czy dać nura w las. czy nie. Chwilkę posiedziałam. Pod stopami dywan liściasto-dębowy, ot nic nadzwyczajnego.

Za plecami wiotkie co nieco krzaczki tarniny, która wiosną kwitła TAK, a obecnie demonstruje garść ciemnych śliweczek, które na nalewkę będzie można zebrać i tak po pierwszych przymrozkach, kiedy zimno pozbawi je nadmiaru kwaśnej goryczy. Poszłam dalej, troszkę drogą, trochę lasem.

I ZALAŁA MNIE ŻÓŁĆ!!

Niedługo to potrwa. Już teraz trafia się na miejsca pełne liści. Przechodząc przez nie należy oczywiście roztrącać je na boki szurając nogami. Czy też lubicie to robić?

Dosyć! Nagła zmiana barw bardzo wskazana.! Całe szczęście, że zachowała mi się jeszcze pod płotem grupka marcinków, michałków, mateuszków, czy jak tam nazywają te drobne odmiany astrowatych, oraz cały czas kwitnąca w doniczce od czerwca – LOBELIA. Polecam

Zardzewiał Mazowiecki las

Jak co roku, cichutko, ale zamaszyście

Jesień zaczęła w lasach znów malować liście.

Do ochry, żółci, brązu dodała czerwieni,

las płonie jak ognisko, rudą rdzą się mieni.

Natychmiast wsiądźcie w metro, w samochód, w pociąg i...

dajcie nura do lasu, zanurzcie się w tej rdzy,

bo nigdy długo nie trwa ten kolorowy cud,

wiatr machnie skrzydłem, strąci liście, nadejdzie chłód.

Jeszcze jedna godzina, jedna noc, jeden dzień,

w lesie się zacznie czaić ponury, ciemny cień.

Odwiedzajmy częściej nasze lasy. Dopóki SĄ. Bo ten powyżej JAKOŚ MI SIĘ DZIWNIE przerzedził OSTATNIO.

Kierunek – Dolny ŚLĄSK

Najkrótsze streszczenie piosenki Wojciecha Młynarskiego „Po prostu wyjedź w Bieszczady” to:

Życie paskudne?

Życie BE?

Posłuchaj dobrej rady:

Zostaw, kochany, wszystko, co złe

i wyjedź po prosu w Bieszczady.

Proponuję nieco inny kierunek (skąd właśnie wróciłam) – Dolny Śląsk, czyli jak w piosence znanego kiedyś zespołu: Gdybym to ja miała skrzydełka jak gąska, poleciałabym ja za Jasiem do Śląska…” Nawet bez JASIA – warto tam wpaść, Niektórzy nie chcą wracać.

A jedzie się tam między innymi przez mój ulubiony most wrocławski

Bywam tam co jakiś czas i zauważyłam, że coraz więcej osób i rodzin poszukuje domów w tamtych okolicach, domów starych, często rozpadających się od upływu czasu i wymagających mnóstwo pracy, ale które  dostają nową duszę i żyją dalej. Ten poniżej, nieduży, z kilkoma bardzo wiekowymi drzewkami w małym ogródku już ma właściciela, który zaczął go właśnie przywracać do życia. Może uda mi się pokazać ten domek za jakiś czas, kiedy zalśni na nowo.

A po kilku latach ciężkiej pracy, kiedy najważniejsze, najcięższe roboty dobiegną końca to jak to często bywa:

I chodzisz na grzyby, i próbujesz chronić sałatę przed ślimakami, i szukasz pięknych kamieni, i zwiedzasz stare zamki, i masz za dużo TOPINAMBURA ( bo taki agresywny, rozrasta się jak szaleniec, a bulwy za małe, żeby cię nakarmiły). I chociaż nie pozbyłeś się wszystkich cierpień, niepokojów i frasunków – to żyje ci się tu pełniej niż w mieście.

Ot, spacerek wczesnojesienny

Nikt w okolicy nie sieje już lnu i konopi, więc nie wiem jak wyglądają resztki po ich wykorzystaniu czyli po prostu PAŹDZIORY – stąd w końcu wziął się październik. Warto jednak wykorzystać ten miesiąc i ostatnie w nim piękne, kolorowe i słoneczne dni na przechadzki. Zawsze coś ciekawego, dziwnego, ładnego, a czasem też brzydkiego może wpaść nam w oko.

Mam nadzieję, że klikacie i powiększacie sobie u mnie te wszystkie foto-kwadratki – lepiej się ogląda.

To se ne wrati…

CZYLI – ZAGUBIENI W RZECZACH.

CZYLI – NAMAWIANIE DO ZROBIENIA PORZĄDKU.

                                         Dziś ułożę stosy

                    do powstania których przyczyniłam się sama

                                       biorąc udział w życiu.

RZECZY

Są takie rzeczy, których w zasadzie nie ma, choć były.

Po prostu i najzwyczajniej już się przedawniły

i nie ma się co dziwić, czy też wpadać w smutki,

bo żywot większości rzeczy powinien być krótki.

Czy są na przykład jeszcze w sprzedaży TETROWE PIELUCHY? Rany Julek, śmieszne pytanie! Mam takie trzy i owszem, użyłam jednej z nich kilka razy do odsączania domowego twarogu. Do swojej dawnej roli JUŻ NIE WRÓCĄ.

Nieco inaczej może wyglądać sprawa przedawnionych torebek. Znając czasem dziwną kolej losu może ni stąd, ni zowąd wrócić moda na taką wielokieszeniową skórzaną „włoszkę,” więc schowałam w czeluściach szafy, ale już na tę drugą szkolną „listonoszkę” chyba nikt nie będzie miał nigdy ochoty – ciężka jest nawet z pustym wnętrzem. Trzecia torba (ta na złotym stoliku) przywieziona aż z Francji przez pewną mamę dla syna była przez wiele lat wspaniałą torbą szkolną, a kolejne lata spędziła wisząc na ramieniu pewnej kobiety i ochoczo chodząc z nią nad różne wody – służyła jako torba wędkarska. Poszła już, niestety, na przemiał. Sami widzicie, że przeszła swoje i ma prawo odejść. I JUŻ NIE WRÓCI.

Czy należy trzymać z innych, niż sentymentalne względów takie rzeczy jak:

TO się wtykało na palec (chyba środkowy) przy ręcznym szyciu cięższych kiecek z grubszych materiałów, była to osłona przed zdradliwą igłą, której koniec z uszkiem wbijał się czasem w palce. I TO SE NE WRATI.

Nie wrócą też do domów takie drobiazgi jak chociażby:

Rozgrzewało się (np. nad świecą) koniec i kapiącym lakiem pieczętowało się listy i dokumenty, a czasem korki butelek z przetworami. Może on jeszcze gdzieś jest używany, ale do naszego, domowego użytku JUŻ NIE WRÓCI.

A takie długopisy? Ciężkie, grubaśne, o wkładach różnej grubości, których czasem nie można było dokupić – założę się, że w wielu domach turlają się jeszcze w różnych szufladach i jakoś nie można ich wywalić. Wyrzućmy je wreszcie! One, podobnie jak pióra wieczne z nabojami atramentu i ze skrobiącą papier stalówką JUŻ NIE WRÓCĄ! No…jeden…dwa na pamiątkę…..

I kolejny przykład czegoś, co jeśli jeszcze będzie funkcjonować, to tylko w domach sentymentalnych zbieraczy i fanów rzeczy przedawnionych, chociaż i w tę możliwość trochę wątpię. Patałętają się jeszcze w waszych domach takie płyty? JUŻ NIE WRÓCĄ.

A takie cóś? Po co to stoi? Przeminęło i SE NE WRATI…

I nie ma co błagać niebios o lepszy dla rzeczy los.

NA STOS z nimi, na STOS, NA STOS.

Oj, chyba się! zagalopowałam !

Oczywiście, nie musicie niczego takiego robić, trzymajcie to, co chcecie w Waszych domach, piwnicach, szafach, szufladkach, półkach, pawlaczach, spiżarniach i schowkach, ale przychodzi moment…..

Co nam dojrzało?

Uwaga: Owoce nie pochodzą z mojego ogródka (Ha,ha,ha!) – fotografowałam je w Auchan.

Mojej przyjaciółce, Jolce, ciągle się wydaje,

że w warszawskich Łazienkach widziała PAPAJE,

zaś Jaś z Ełku rozpowiada, że w sadzie u wuja

fantastycznie się rozrosła MARAKUJA.

To możliwe, bo na głównym rondzie w Kole

posadzono w tym sezonie KARAMBOLE.

Brat Stefana głośno krzyczy, że u byłej żony

nabrzmiewają na balkonie dwa MELONY.

Janusz twierdzi, że w piwnicy jego taty

przy ziemniakach zimowały też GRANATY.

Och, na działce zakładowej u Jadwigi

obrodziły wprost wspaniale piękne FIGI,

a w ogródku przydomowym cioci Danki

na dwóch drzewach zażółciły się BANANKI.

Ziuta z Lusią spacerując w śląskiej dziczy

natknęły się na plantację słodkich LICZI, 

Wokół siebie słyszę dość nieśmiałe  głosy,

że są tacy, co w tym kraju zbierają KOKOSY.

ZANIM ZACZNĄ ROSNĄĆ U NAS KIWI, KAKI CZY OLIWKI –

SPÓJRZCIE LUDZIE,  JAKIE PIĘKNE MAMY W KRAJU  ŚLIWKI !

                                     * * *

Wsypcie do miski pół szklanki mąki ziemniaczanej, pół szklanki mąki zwykłej, pszennej, dodajcie pół płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia i skotłujcie to razem byle jaką łyżką.

Do dwóch całych jajek wrzućcie pół szklanki cukru i pół łyżeczki cukru waniliowego i wszystko porządnie ubijcie takimi wierciołkami, jakie macie – masa ma być pulchna, jasna jak kogel-mogel.

Stopniowo wsypujcie mieszaninę mąk kręcąc oczywiście cały czas, a na końcu wlejcie roztopioną połówkę kostki masła i delikatnie wymieszajcie.

Blacha –  25cm x 30cm ( wyłożyć papierem)

Wylać na nią ukręconą masę i lekko rozprowadzić na boki.

Na wierzchu ułożyć gęsto połówki ŚLIWEK i posypać je kilkoma drobinami zmielonych goździków.

Nagrzać piec do 200, środkowy ruszt, góra-dół i piec przez 30 minut, zmniejszyć temperaturę do 160 i potrzymać jeszcze 15-20 minut.

Wyjąć, pośnieżyć cukrem pudrem i poczekać (nie zawsze mi się to udaje!) aż wystygnie.

Uwaga: spodnia warstwa ciasta jest CIENKA! Kroić delikatnie i natychmiast wsadzać do ust.

Jeszcze nie jesień…

Dopóki klucz spóźnionych gęsi gdzieś w dal nie odleci,

dopóki wszystkich grzybów w lasach ktoś nie zbierze,

dopóki rdzawych kasztanów wciąż szukają dzieci –

ja w jesień nie uwierzę!

Dopóki się nie wciśnie w ściółkę stado bożych krówek,

by wspólnie, kropka w kropkę zapaść w sen zimowy,

dopóki krąży po mrowisku choćby siedem mrówek –

o jesieni nie ma mowy!

Dopóki wiatr nie rwie pajęczyn rozpiętych na drzewach,

dopóki liść klonu krwistą smugą się nie mieni,

dopóki wilga gwiżdże, a niedźwiedź nie ziewa

nie może być jesieni.

Dopóki moja dynia jeszcze drzemie na łodydze,

Dopóki spadające słońce nie wydłuży cieni,

dopóki są trzy żagle na jeziorze Wdzydze –

jeszcze nie ma jesieni.

Dopóki wodna ważka błyskiem skrzydełek się chwali,

dopóki nie dojrzeje ostatnia jagoda,

dopóki jarzębina nie zrzuci korali,

to jesieni nie będzie! Szkoda?

Gdy wrzosy się rozpalą i posiwieje wrzesień –

przyjdzie, przyjdzie kolejna, jeszcze jedna jesień.

Latofotki 3/2021-Na południe

Dziób naszej łódeczki odwrócony na południe, wiatr wpuszczony w żagiel i znanymi już, a jednocześnie ciągle fascynującymi nas drogami wodnymi znów ruszamy na południe Krainy Jezior.

Krótka wizyta w marinie Giżycka i wypłynięcie na Niegocin, który nie przywitał nas przychylnym, popołudniowym zefirkiem, tylko porządnym wiatrem.

Nocami od deszczu chronił nas namiot rozpięty pod drzewcem – bomem i zasunięta suw-klapa, a komary i różne inne latające „frudła” zatrzymywała gęsta siatka okienna.

Co najczęściej jadaliśmy na śniadanie? Smażone na chrupko na maśle klarowanym rybki. PYSZNE, bardzo rzadko jada się na lądzie tak świeże jak te prosto z wody.

Nasze Bełdany przywitały nas już niezbyt groźnymi chmurami i zatrzymaliśmy się na ostatni sen mazurski blisko trzcin na kotwicy – jest to nasz ulubiony sposób nocowania i rzadko kiedy wpływamy do biwaków na lądzie. I była to piękna noc.

Rano dobijamy do portu pełnego innych, większych, wspaniale wyposażonych jachtów z uśpionymi w niebieskich śpiworkach żaglami. Zwijamy manatki i powrót do domu.

MAZURY SĄ NADAL PIĘKNE.

A tu już zupełnie inna sceneria:

Latofotki 2/2021- widziane z wody

Po wypłynięciu z ostatniego kanału, który kiedyś nazywał się Giżycki, a obecnie od 2018 roku – Łuczański wydostajemy się na spore jezioro Kisajno i snujemy się między wysepkami Łabędziego Szlaku, a później przez Przesmyk Świętego Piotra wypływamy na szersze wody.

I płyniemy, płyniemy, płyniemy przez kolejne jeziora, „zaliczając” po drodze kolejne zachody słońca, pijąc kolejne kawki i przyglądając się różnym, wodnym roślinom i mieszkańcom tej pięknej krainy.

Czemu w wodzie pogrążył się grążel?

Wierszem tego wyjaśnić nie zdążę.

Może nie chciał ulec dawnej modzie,

żeby rosnąć na lądzie, nie w wodzie?

Dzisiaj giętką łodyżką się chwali,

dzięki niej może tańczyć na fali,

w mule ukrył korzeni swych końce,

żółtą główkę wystawił na słońce.

Jakie miałby mieć grążel powody

żeby rosnąć daleko od wody??

Za jeziorem Kisajno jezioro Dargin, jeden most, małe jezioro Kirsajty i wpływamy na MAMRY, gdzie po wietrznym dniu odpoczywamy przy trzcinach w małej zatoczce.

I nie zawsze było spokojnie i leniwie. Wiatr – główny silnik dla pracującego żagla kilka razy dał nam się we znaki.

I pomału zaczynamy wracać na południową część Wielkiego Mazurskiego Szlaku. Pod koniec drugiego tygodnia żeglarskiej włóczęgi musimy dotrzeć do „macierzystego” portu. Czas zakończyć tegoroczną wędrówkę. Jeszcze tylko kilka latofotek – ale to już w kolejnym wpisie.