Przed wejściem tutaj nie musisz konsultować się z żadnym lekarzem, farmaceutą, a nawet z rodziną, gdyż treści tu zawarte z pewnością nie zaszkodzą Twojemu zdrowiu i życiu,
Wszystkim DZIECIOM – MAŁYM, ŚREDNIM oraz DUŻYM życzę spełnienia jeżeli nie wszystkich, to większej liczby różnych marzeń.
I NA PRZYKŁAD:
DZIECIOM – ŁASUCHOM życzę, żeby chociaż raz w roku mogły jeść wyłącznie lody i czekoladę przez CAŁY DZIEŃ.
DZIECIOM – BADACZOM – łapiącym w rączki wszystko co jest małe i się rusza – życzę ciekawych obserwacji latających mrówek ( nie gryzą!), ślimaków, jaszczurek i innych robali, fuj.
DZIECIOM – WĘDKARZOM życzę pięknych połowów
DZIECIOM – ARTYSTOM życzę znalezienia własnej kreski, pędzla i czegoś tam, czego używacie do swoich wspaniałych prac:
I jeszcze „odezwa” do małego wnuka:
DO WNUKA:
Witaj mały wnuku na tym świecie, witaj !
O problemy tego życia – jeszcze nas nie pytaj.
Nawet jeśli świat daleki już cię trochę kusi,
poleż sobie jeszcze chwilę tu, blisko Mamusi.
Proszę, sprawdź jak dobrą rękę ma mój syn – twój Tata,
zdążysz przecież jeszcze poznać sprawy tego świata.
Zbadaj najpierw swoje wszystkie malutkie paluszki
( to jest to, co mają twoje rączki oraz nóżki ).
I w spokoju rośnij sobie pomału.
Wszystkie rzeczy już na Ciebie czekają:
Klocki, radia, samochody, bajery,
graty, czaty, komputery i sery,
dżinsy, książki, fryzjer, zastrzyk, nauka,
strup na nodze, i kultura , i sztuka,
Burze, upał , grad i łąka zielona,
morze, lody, rosół i smak melona,
katar, miłość, gniew i urlop za krótki –
więc na razie tylko rośnij, malutki.
Zanim gdzieś tam w ŚWIAT wyruszysz,
(przecież tak być musi ! )
poleż sobie jeszcze chwilę tu, blisko Mamusi.
I SŁÓWKO NA TEMAT CÓRECZEK:
Czy Was życie wsadza w doły,
czy stawia przed Wami górki –
nic lepszego na tym świecie
niźli CÓRKI !
Gdy Ci włos zsiwieje nagle,
a sam będziesz szedł z podpórką,
kim podeprzesz się najpewniej ?
Tylko CÓRKĄ !
Gdy Ci żona zwiędnie nieco,
tracąc urok swej figurki,
kto Ci młodość jej przypomni ?
Tylko CÓRKI !
I córkom, i synkom, i wnuczkom, i wnukom, życzę po prostu radości z życia.
NA PIERWSZY OGIEŃ takie prawdziwe, kwieciste kwiaty RÓŻANECZNIKÓW. Dorodne i kolorowe.
A TERAZ KILKA DANYCH Z ŻYCIA MNISZKA – matki powinny wiedzieć, że syrop, lub nalewka z mniszka to lecznicze eliksiry
TAWUŁKA I – czyli też kwiaty, ale KRZACZASTE.
Mówią o niej raz SZARA, raz NORWESKA, ale jaka by nie była, kwitnie rok w rok, a kwiatostany wyglądają jak sople lodu. Żadnych tawuł NIGDY nie nawoziłam, a kwitną jak marzenie.
A TU TAWUŁA II Van Houtte’a. Wyższa, większa, o szerszych kiściach i podobnych kwiatkach do tawułki norweskiej. W tym roku „WYKIPIAŁA”! Kwiaty wręcz wylały się potężnym, białym strumieniem, który przygiął krzaki do ziemi. Na DZIEŃ MATKI – oczywiście.
Takk zaczynała pączkować
DWA DNI Z ŻYCIA PIGWOWCA JAPOŃSKIEGO – już przekwitł kilka dni temu, ale fotka na DZIEŃ MATKI się znalazła. Ładny, prawda?
KWIAT ANTONÓWKI. Otwarty – czeka na pszczoły. Wsadzała ją MOJA MATKA bardzo dawno temu, a ona nadal rodzi jabłuszka.
A z drobnych, ogrodowych kwiatków – W DNIU MATKI – ORLIKI zrywają się do lotu.
WSZYSTKIM MAMOM ŻYCZĘ ZADOWOLENIA Z MACIERZYŃSTWA!
Nie są chyba modne, bo jak obserwuję różne działki, ogródki i domostwa jest ich coraz mniej. Bzów, oczywiście. Wśród gładko wystrzyżonych trawniczków z kilkoma kulkami małych świerczków, okiełznanym klombem tulipanów i wiechami egzotycznych traw, bzy jakoś…chyba…nie pasują? Mylę się? Nie, nie jestem wrogiem ani strzyżonych trawniczków, ani kędzierzawych traw, każdy ma, co lubi, (albo jak ja ma – bo nie chce jej się kosić.) W mojej okolicy trochę krzewów bzowych zostało i otoczyły mnie w tym roku. Kilka młodziaków u mnie, sporo za płotem sąsiedzkim i wzdłuż moich spacerowych traktów. Buchnęły! Armia liczebnie niezbyt bujna, ale jak wiemy i mała potrafi walczyć o swoje. Popatrzcie chociaż na nie, bo, niestety, nie możecie ich powąchać, a ja jestem ich aromatem odurzona!
Było chłodno. Zaczynały powoli i niechętnie, długo skulone.
I te, jeszcze nie wszystkie otwarte i rozwinięte, a już kipiące wprost bzową, pachnącą bielą.
Ile lat będą jeszcze rozkwitać? Kiedy i czy zanikną? Czy ktoś zabezpieczy ich nasiona? Czy ktoś je zniszczy? Czy będą pokazywane pod sztuczną kopułą, okratowane i opisane? Jak długo przetrwają?
Kilka dni i …. do zobaczenia za rok? Oby. Przypomnę teraz pioseneczkę, która powstała w 1928r kiedy śpiewanie o bzach, łzach i wiosennych uczuciach jeszcze było OK.
Przyszła pora na inspekcję ogródkową. Oj, nie mam się czym chwalić, ale przedstawię wam kilka egzemplarzy z grupy: ŁADNE KWIATKI! NO! NO!
I zbliżam się, zbliżam, zbliżam, niektóre pozują lepiej, inne z niechęcią. Nie wszystkie lubią być fotografowane na ZIELONYM DYWANIE, ale idę, idę, aż wreszcie….
… nie do wszystkich co prawda zostałam wpuszczona, ha, ale udało mi się wejść do kilku tulipanowych wnętrz. W żadnym nie znalazłam CALINECZKI z baśni H.Ch. Andersena, ale w kilku był bałagan, niesprzątnięte obce nasionka, jakieś śmietki i para robaczków.
Nie mogę się powstrzymać przed kwiatowymi sesjami. Sądzę, że będzie ciąg dalszy, więc kto nie lubi patrzeć na takie kwietne fotki – niech na jakiś czas zrezygnuje z wizyt u mnie.
Oczywiście z okazji Międzynarodowego Dnia Limeryków. Kiedy? Właśnie DZIŚ w dniu urodzin „tatusia” limeryków pana Edwarda Leara, który je popularyzował, a sam napisał ponad 200 – wydając w 1846roku „Księgę Nonsensów.” Staram się nie przepuszczać tej rocznicy . Zainteresowanym przypomnę :LIMERYK – to najczęściej nonsensowny, zwariowany wierszyk mający swój specyficzny rytm i zestaw rymów aa bb a. Wymyślanie limeryków to świetna zabawa, zwłaszcza, że treść może być całkiem absurdalna, bo najważniejszą cechą jest tu właśnie rytm i ustawienie rymów. Chętnie ( co już robiłam) opublikuję na kolejnym wpisie ! Kto mi coś przyśle?
Na schadzki już raczej nie chodzę, ale przechadzki lubię, zwłaszcza, jeśli połączę je z konieczną inspekcją bliższych i dalszych terenów. Więc ruszyłam moją wąski ścieżką, którą coraz bardziej zarasta nader inwazyjny bluszcz i dalej za bramę, w prawo, chodniczkiem w kierunku mostu na lokalnej rzeczce i do bagienka przyleśnego.
Jeszcze dwa lata temu do mostu, rzeczki i lasu chodziło się TAKA dziś już chodzimy TAKWracaliśmy z lasu dawniej TAKA dziś wracamy TAK
Jak przypuszczacie, która z tych dróg dawała nam więcej radości z przechadzek?
ZGADLIŚCIE! A ja idę dalej…
znane drzewa przy bagienku nie ścięte ,uf!sprawdzam….i OK czeremchy kwitnąi pachną
Dochodzę do rzeki i tak, wszystko w porządku. Ciekawi mnie tylko, czy para kaczek spożywająca drugie śniadanie to ta sama co rok temu?
Oparłam się o sztachety mostu i zauważyłam, że nie jestem sama. Tuż pod barierą, w kącie zbudował już sobie pierwszy dom jakiś pajęczak, ale jedyne, co mu się udało złapać w swoją sieć to skraweczek baldachimu mniszka. Smacznego.
Zerkam jeszcze na rzeczkę, „w dal”: OK, – Tak samo wąska jak była., ale wiem, że na przykład kajakarze bardzo ją lubią właśnie dlatego, że sprawia trochę trudności zarośniętymi brzegami i zawalonymi drzewami. W tym roku na resztkach starej kładki(?) świeża trawa utkała twarzowe zielone bereciki.
Wracam i widząc z daleka coś białego na zardzewiałej siatce jednego z ogrodzeń pędzę, żeby zobaczyć co to. No, cóż, nie mam pojęcia jak się tu nabiło to znacznie mniejsze od kurzego jajko?
I dosłownie kilka kroków dalej spotykam leżące na ziemi kolejne, błękitne jajeczko, oj chyba porwane przez kogoś prosto z gniazda. Wnętrze wskazuje na morderstwo!
A już niedaleko domu, za prętami ogrodzenia pewnej milej sąsiadki dostrzegłam niedawno chyba rozwinięte modre oczka niezapominajek, które czasem, z przekory nazywam „dontforgetkami.” Już jest tyle w naszym języku używanych angielskich zwrotów, że jeden więcej różnicy nie zrobi. Daję je na końcu, żeby mieć nadzieje, że przynajmniej część z was nie zapomni gdzie jestem i czasem do mnie tu jeszcze wpadnie
Jaki sezon? NA GRILLOWISKA! Przegapiłam Międzynarodowy Dzień Grilla ( 2 maja), ale mam w zapasie kilka różnych, pamiątkowych fotek, sezon dopiero rozpoczęty, a grillować można przecież do pierwszych przymrozków. TO DO DZIEŁA.
Ci z was, którzy przychodzą tu do mnie z wizytą mogli się już wcześnie zorientować, że co jak co, ale Międzynarodowego Dnia Jazzu nie ominę ( w odróżnieniu od wielu innych, niby świątecznych dni z kalendarza Świąt Nietypowych) Czas więc, na kolejną notkę na ten temat.
W okresie międzywojennym muzyka jazzowa usadowiła się głównie w big bandach, wielkich orkiestrach grających żywiołowo do tańca i w takiej formie dotarła też do Polski. W 1927 roku poetka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska napisała wiersz ” Krzyk Jazzbandu” :
„mówisz że jazzband jest dziki
że płacze jak wicher w kominie
i że cię przeraża
to minie
nuty życia czyż nie są dzikie
życie jest zamętem i krzykiem
przecież przyszliśmy na świat wśród takiej muzyki”
To niech nam zagra jedna z bardzo popularnych orkiestr bigbandowych :
I przyszła wojna. I świat się zmienił. Musiał się odrodzić. Muzyczny też. U nas, owszem, też coś się odradzało, pierwsze zespoły jazzowe powstawały już rok po wojnie, a jednym z pierwszych propagatorów jazzu był Leopold Tyrmand (pisarz, autor książek: „ZŁY”, „DZIENNIK 1954”, „Filip”, „Życie towarzyskie i uczuciowe,”U brzegów jazzu”). Grano w Jazz Clubie przy YMCA ( Związek Młodzieży Chrześcijańskiej w Polsce )- budynku z roku 1932 przy ul.Konopnickiej 6 w Warszawie. Odbywały się tam pierwsze koncerty, a Tyrmand razem z Jerzym Grzewińskim ( muzykiem i kompozytorem) popularyzowali jazz organizując spotkania, na których Tyrmand wygłaszał prelekcję, a Grzewiński ilustrował je muzycznie. Do czasu. Już w końcu lat 40-tych rozwój jazzu został zahamowany, ba, walne Zgromadzenie Związku Kompozytorów Polskich rozpoczęło atakowanie tej, jak to określono jazzowej tandety, zwłaszcza, że upowszechniał ją bikiniarski Tyrmand ( nazwa pochodzi od krawatów z wzorami w palmy z atolu BIKINI) chadzający w dziwnych marynarkach, w butach na słoninie i w kolorowych skarpetkach ( a podobno jedne dostał w prezencie przywiezione z Moskwy przez Eryka Lipińskiego). Kluby jazzowe w YMCE zlikwidowano, a młodzi ludzie z ZMP ( Związek Młodzieży Polskiej) niszczyli i palili na ulicach Łodzi pojedyncze płyty z tą wszeteczną, burżuazyjną, plugawą muzyką.
Zmarł Józef Stalin. Odwilż. Uznano, zresztą dzięki podpowiedziom samych muzyków, że jazz to właściwie muzyka mająca korzenie wśród uciśnionych, wyzyskiwanych Murzynów, więc pasuje! Ha! I chociaż przez kilka kolejnych lat oficjalnie uważano jazz za swoistą manifestację wolności, protestu i niechęci do kultury oficjalnej ( a tak było), to już było z górki. I polski jazz zaczął się rozwijać. Trudno tu wyliczyć wszystkich naszych muzyków i powstające zespoły, więc tylko dodam, że jedną z pierwszych grup była utworzona w 1957r – New Orlean Stompers (późniejsi Warszawscy Stompersi). Grali jazz tradycyjny, łatwiej „przyswajalny” i z tego, co wiem, tańczono w rytm ich muzyki na wielu warszawskich „prywatkach”.
Jeśli wy sami, albo wasi dziadkowie, albo wasi rodzice słuchali czasem audycji rozgłośni „GŁOS AMERYKI,” ( nadawanej od 1942roku z USA) mogli się natknąć na audycję Willisa Conovera „JAZZ HOUR” nadawaną z kolei od 1954 roku i zaczynającą się zawsze utworem Duke Ellingtona w wykonaniu jego big bandu. Przypuszczam, że prezentowany przez Conovera przegląd zespołów jazzowych był również inspiracją i dla naszych muzyków. Jeszcze nie było można jeździć na koncerty do innych państw. Żelazna kurtyna z mocną kłódką broniła naszego świata.
Jeśli ktoś z was ma ochotę, zapraszam go do wysłuchania całego utworu.
Kurtyna kurtyną, a polski jazz rozwijał się w najlepsze. Powstawały nowe zespoły, wykluwali się nowi kompozytorzy i wykonawcy. W marcu 1956 roku Leopold Tyrmand zorganizował pierwsze, oficjalne JAM SESSION. Wspominał o tym na którymś z festiwali jazzowych w Sopocie Wojtek Młynarski „opisując” ten fakt w rytm kolejnego utworu Ellingtona „Karawana.” Jeśli Wojtek uczestniczył w tym wydarzeniu to był wtedy nastolatkiem. W tym JAM SESSION brało udział kilku naszych muzyków , których nazwiska zna każdy meloman lubiący JAZZ
I w innym wykonaniu:
Z roku na rok przybywało nam muzyków, a we wrześniu 1958 roku zorganizowano w budynku klubu studenckiego „STODOŁA” w Warszawie Pierwszy Międzynarodowy Festiwal Jazz Jamboree, który nazwano „Imprezą Buntu.” Coś w tym było. Wszystkie kolejne, coroczne Jazz Jamboree zawsze zaczynały się standardem „Swanee River”, który prezentowałam rok temu w tym dniu. Bodaj jednym z pierwszych zagranicznych muzyków jazzowych, który przybyli na trzecie Jazz Jamboree w 1960 roku, byłamerykański saksofonista Stan Getz, który nagrał wówczas płytę z trio Andrzeja Trzaskowskiego ( ojcem obecnego prezydenta Warszawy). Wspominam o tym, bo byli to kolejni muzycy, którzy mieli istotny wpływ na moje fascynacje jazzem. Saksofon i pianino, kontrabas i perkusja. Wcześniej wsłuchiwałam się w dźwięki „Harlem Notturno” ( kompozytor Earle Hagen) grane przez Jana Walaska – nazywanego Złotym Saksofonem Warszawy. Nie znalazłam tego utworu w jego wykonaniu, więc proponuję inne:
I na zakończenie próbki Stan Getza – tak zagrał słynną piosenkę MISTY autorstwa Johna Burke i Errolla Garnera, ( znaną w wykonaniu Elli Fitzgerald)
A tak kołysze nas w rytmie utworu Antonio Carlosa Jobima – słynnej bossa novy
Wiosna pełną gębą, słońce – w słońcu ciepłe, w cieniu – zimne. Nie mogę się rozgrzać. Jednak po kolei, wcześniej, czy później wszystko się z ziemi wysupła, wykluje, wyjdzie, a są już takie, co i zakwitły. Jeszcze niedawno gałęzie wyglądały jak suche patyki, a dziś pełno pączków mniejszych i większych. W sklepach też. Nawet tanie. Ciekawe z czego zrobione. Ominęłam je delikatnie strzeliwszy tylko fotkę i wsnułam się w „bezmaskowy” już tłum, o dziwnych, takich odrobinę nagich twarzach, bo przecież trzeba coś kupić na te pierwsze majowe dni. Wróciłam. Poszłam na inspekcję mojego tajemniczego, bo zaniedbanego ogródka i też zrobiłam kilka fotek na dowód obecności wiosny. Stąd się wzięły w dzisiejszym wpisie. Pączki i pączusie, igły i wypustki, zalążki i kwiatki. Wszystkim moim gościom, czyli WAM życzę bardzo, bardzo wiosennego weekendu z ciepłem na zewnątrz i z ciepłem wewnątrz waszych domów.
Pan tulipan otworzył się na słońcuTen teżI stulił się po południuTen teżTawułki w pączkachLada moment będą w nowej, białej pelerynceBerberys czerwonyco widaćpo pączuszkachNieśmiało listkuje winorośleI tuI tu też perfumy hiacyntów w domumnie dusząokropnie,ale na zewnątrz, w kupiemają swój urokakacjowe igły niby ostre i puste,,ale w kącikachcoś się wykluwaPąkiPączkiPączusieTego żółtego nie znamfiołek?Ha, ha, ha!! To nie u mnie, i nawet nie w naszej krainie!, ale niech sobie dojrzewa!Jakaś jedna z cebuliczekA tu wczesne azalie w pełni urody,ale to obok, u przyjaciółki. Niestety.Ogólnie znany barwinekI tuI tu