Piiić!!
Piiiić!!


Piiić!!



Piiiić!!



ZADAJMY SOBIE BOBU!
Jem bób od wieków. Nigdy nie zrobił mi nic złego, chociaż były dni, kiedy przedawkowałam i kończyło się to brzusznym koncercikiem ( najwyżej kwartet!) Ponieważ ciągle, ciągle, z sezonu na sezon, ktoś mi się pyta jak Ja go gotuję, więc pozwalam sobie powtórzyć moją „instrukcję,” sprzed kilku lat, zwłaszcza, że pora na BÓB teraz jest najlepsza – młody, ale już nie „śliski”, lekko mączny, mniam.
Ci, co tu zaglądają dobrze wiedzą, że to nie jest BLOŻEK ( ot, takie polskie zdrobnienie od BLOGU) – KULINARNY. Fakt, gdzieś tam coś było o podawaniu truskawek, o gotowaniu jajka i zupy na skórkach, ale to tylko takie wstawki. Dziś też – wstawka o bobie. Po prostu kilka lat temu moja bliska znajoma z miasta Poznania poskarżyła się, że jej mąż zmarnował pół kilograma dobrego bobu. Chciał moczyć, potem gotował godzinę (w/g starej książki kucharskiej), a na dokładkę – nie posolił. Nie mogłam się powstrzymać przed wysłaniem do niego rymowanej instrukcji. Wbrew moim cichym obawom – nie obraził się. Skwitował: „- Czy są rymowane książki kucharskie?” Ha! CHYBA JESZCZE NIE!
Do rymowanki dołączyłam mu fotki instruktażowe.




ZMIENIAJMY SOBIE DROGĘ ZNANĄ NA INNĄ, PRZYNAJMNIEJ OD CZASU DO CZASU. I niekoniecznie do pracy, czy z pracy, bo jaki w tym sens? Idąc gdzieś dookoła możemy wydłużyć czas dojścia i jesteśmy spóźnieni, idąc jakąś nową, krótszą przyjdziemy za wcześnie, a po co?











I pomimo wielkiej oskomy na grzybową zupę śmietanką zabielaną – z tych grzybków dziś zrezygnuję, a nuż to jakieś halucynogenne stworki? Mam jeszcze garść suszonych, zeszłorocznych i pewnych. Zupa i tak będzie.
– Cholera! Cholera! Cholera! Zaraz dostanę białego orła, albo powali mnie ciśnienie! – Ciocia Ziuta dreptała nerwowo po pokoju, ciągle jeszcze w za grubym jak na tę porę roku fioletowym, pikowanyym szlafroku i wymachiwała jedną ręką, bo w drugiej trzymała kurczowo ipada.
– Jakiego orła, chyba ci chodzi o białą gorączkę? – zdziwiła się lekko osłupiała Wiesia, sąsiadka z dołu, która, miała w zwyczaju wpadać przed południem do Ziuty na kubek zabielanej neski.
– Biały orzeł jest stanem znacznie gorszym od tej gorączki, kochana moja, wiem, co mówię, tak cię chwyta za gardło, o, tutaj i pazurami po głowie smyrga.
– To co cię tak wzięło, kończą Ślub Od Pierwszego wejrzenia, czy co?
– Wieśka! Ja takich programów nie oglądam! Do czego to podobne? Wejrzyj sobie na niego, czy tam na nią i ślub? I co, potem tylko reprodukcja, tak? U mnie akurat odwrotnie było.
– To znaczy?
– Pierwsza była reprodukcja, a potem ślub, jak już lepiej poznałam narzeczonego.
– No, to coś taka rozgorączkowana?
– Chodź i sama zobacz! Jak tu teraz żyć, kochana, jak tu żyć?
– Nie przesadzaj, Ziuta, zawsze dawałaś sobie radę w trudnych, że tak powiem, momentach życia twego, wiec byle co cię nie powali.
– Nic mnie nie pocieszaj, tylko sama popatrz, kochana:
– Ziutuś, ale może ona sobie czymś zasłużyła na taki los?
– Czym, Wieśka, czym? Nie dała mu kilku groszy na burgera? Wyłączyła mu grę komputerową? Zapytała o stopnie w szkole?
– No, bo ja wiem? Nie masz się czym martwić, Ziutuś, twój na pewno cię nie wyrzuci, po pierwsze by nie udźwignął, po drugie, nie odmawiasz mu ani burgerów, ani lodów, a po trzecie…
– Ma dopiero 5 lat, wiem, wiem, za mały i za słaby na taką działalność, ale diabli wiedzą, co z niego może jeszcze wyrosnąć!? Dobrze wiesz, co czyha w dzisiejszych czasach na nasze dzieci i wnuki, a kontroli żadnej. O! Spójrz na to, jak ci się widzi?

– I powiedz mi tu zaraz, po jakie licho nazywają MIĘSEM coś, co mięsem nie jest, po jakie licho tak to wyrabiają z trocin, czy tej soi, czy czegoś, że wygląda jak mięso? Tylko Bóg jeden wie, co jest z czego teraz zrobione, ale i On chyba też się już niedługo w tym pogubi, chociaż sam musiał przecież ostro kombinować kiedy ten świat tworzył.
– Ja ci, Ziutka powiem tak: – Może to tęsknota, taka nostalgia, takie westchnienie w kierunku mięsa? No wiesz, tak, jak jak my wzdychamy do tego smalcu twojej babci, z tymi grubymi, chrupiącymi skwarkami i doprawionym zawsze dla zdrowia cebulką i jabłuszkiem…a którego ku chwale naszego zdrowia już nie kultywujemy?
– Nie zapominaj o majeranku. Zawsze go dla zdrowia dodawała – uśmiechnęła się Ziuta, ale oczu od ekraniku nie odrywała i zaraz znów nią coś zatrzęsło.
– Wieśka zabierz to pudło, po co ja to oglądam, zobacz nawet jakbym się zdecydowała ratować te wszystkie jadalne zwierzątka i chciała się dla kondycji przerzucić na wegetariankę, to i tak mogłabym, gdybym miała pecha, struć się jak nie wiem co, zobacz:
– NO, ale wynajdujesz Ziuta same czarne wiadomości, ale pomyśleć, co może być w takim ryżu, albo w…no, co oni tam jedzą…w soczewicy, czy w tych brokułach?! Człowiek od wszystkiego może się przejechać na tamten świat.
– Wiesik, ja niczego nie wynajduję, ja otwieram normalnie tego ipada i mi się to wszystko samo pokazuje, niektórych nawet nie zdążę przeczytać do końca, palec mi się omsknie, i już mi wjeżdżają te reklamy. O, nowa rzecz – zgadniesz może ilu naszych obywateli uderzyło w kalendarz w zeszłym tygodniu ?
– Przez Covid i towarzyszące? To spada, widziałam, ludzie na ulicach już mogą zdemaskowani chodzić…
– Nie, Wiesiulka, przez wodę! Potopili się!
– Czterech? Pięciu? Wędkarze sobie popili i łódkę przewrócili?

– Nie, moja kochana! Dziewiętnastu! Dziewiętnastu amatorów kąpieli, co nie jest dziwne, bo gorąco, ale część, fakt, po spożyciu była. Nigdy niczego ludzie się nie nauczą, żeby nie wiem co!
– A może to dlatego, Ziutka, że my takim silnym i odważnym narodem jesteśmy? Woda nam nie straszna po wszystkim cośmy przeszli…
– Co ty wygadujesz ? Wydaje się im, kochaniutka, że wszystko, co złe trafia zawsze w sąsiadów, a im samym nic się takiego nigdy nie zdarzy, co to, to nie, prawda? Samochodem też wszędzie i zawsze dojadą, a wiesz sama, ilu z nich do Pana odchodzi chociażby w każdy weekend!
– No, niby tak, samej kiedyś mi się zdarzyło tak pomyśleć, że mi to się złe nie zdarzy tak łatwo…
– Więc, jak widzisz, trzeba być mądrzejszym od innych, wyobraźni użyć, wykombinować na podstawie doświadczenia, co się jednak może zdarzyć, więc zawczasu, kochana, muszę myśleć o ewentualnych, przyszłych posunięciach mojego wnuka, przewidzieć należy wszystkie tak zwane opcje, kochana. Takie jest życie.
– Słusznie, Ziuta, rozgarnięta z ciebie babcia, żeby tak wszystkie z ciebie przykład brały, wiek swój masz, a po tym ipadzie latasz, jak nie przymierzając jakaś informatorka…?….
– TYCZKA, Wiesiuś, INFORMATYCZKA! Wieku to mi nie wypominaj. O, ale jaka drożyzna, zerknij tylko i zamknę to cholerstwo, bo trzeba jakiś obiadek wstawić, chociaż…chłodniczek mam gotowy, ziemniaczki i tyle. To jeszcze możemy tu sobie, Wiesiu pooglądać. Siadaj , kochana, jeszcze jedną nescę wypijemy.












Nadchodzi ta najkrótsza noc w roku, noc, której nie musimy spędzić w łóżkach. Kiedyś wśród Słowian była to NOC KUPAŁY ( KUPAŁA – prawdopodobne bóstwo solarne Słowian, ale rodowód ma niepewny, a ŁADA to bogini piękna i miłości.) Zdania, jak zawsze, są podzielone.

Hej Kupało, Łado, Łado, Łado, Łado!
Patrz, na leśnych polanach późne mgły się kładą.
Twoja pora, zejdź z góry, posiedź przy nas, blisko,
już czas na ognisko.

Zawahał się się Kupała – czy mnie oko myli?
Nie skaczą przez płomienie, tylko wokół grilli!?
Przecież w tę najkrótszą noc ze wszystkich nocy
w dymie z kiełbas, zioła nie nabiorą mocy.

Ktoś się kąpie? Bezmyślność! Bo mądry się liczy,
z tym, że może wpaść w łapy bladej Topielicy,
a dopiero od świtu bezpieczna jest woda.
Ta noc jest nocą Wodnic, życia wam nie szkoda?

I nikt z was nie wyrusza tej dzisiejszej nocy
na poszukiwania Kwiatuszka Paproci?
Co was tak zmieniło? Przyznam, żem bezradny,
prędzej czegoś was nauczy Perun Gromowładny!!*

Oj, Łado, Łado, Łado, Kupało!
Życie się skomplikowało!
Inne już nad nami moce
i w długie, i w krótkie noce. Hej!

Oprócz Kupały, Łady i może innych jeszcze bóstw – ten dzień jest także DNIEM OJCA. Tak się złożyło. A więc:


3 sierpnia 2019 roku był upał. Pierwsza zwrotka mojej blogowej, okolicznościowej rymowanki brzmiała tak:
Proszę państwa, w tej chwili jest tak straszny UPAŁ,
że wszelaka aktywność po prostu mi zbrzydła,
dziś się sama na słońcu podgrzeje więc zupa
i wreszcie złym komarom podsuszą się skrzydła.
Moją dynię przestały obżerać ślimaki,
(słońce by je zabiło i dobrze im tak),
lecz nagle z sił opadły wszystkie, wiotkie maki…
a, nie…został ten jeden, ostatni mój mak.
Później będę podliczać wszystkie dziwne straty:
Ktoś mi z modrych lobelii wyssał rosę całą
ktoś opróżnił aż do dna akacjowe kwiaty,
stworzonkom pić się chciało, deszczy było mało.
Przy poidle zastałam wiewióreczkę drżącą,:
Wiem – sapnęła – tu piją i kąpią się ptaki,
nie wyganiaj mnie, proszę, dziś jest tak gorąco,
że cierpią też wiewiórki, mrówki i robaki.
Wyszłam z domu pod wieczór, już było mniej skwarnie,
rozglądam się, jak kraj mój w ten upał się miewa,
a tu dzielny Pan Pleszka sfrunął na latarnię
i śpiewa.

A w zboże, odważnie swój siny nos wtyka – Pani Wyka









O,Mamma mia!! Wygląda na to, że będę musiała wycofać wszystkie swoje czarne kiecki i swetry, o, mamo, a może i buty?! KOLOR CZARNY w ogóle należy wycofać. Czarny – jako taki!! To może i żółty?
Trzy mrugnięcia, trzy westchnienia,
i lato się w jesień zmienia,
Trach – znów zima, śnieg, roztopy
i znów sezon na syropy
każdy o tym wie! 
Kaszle wujek, kaszle matka
szwagra też kaszelek zatkał,
kaszle ojciec, kaszle siostra,
kaszle premier, wójt, starosta,
zaraz złapie mnie!
Więc, by później nie mieć wtopy,
sprawdź natychmiast wszelkie tropy,
nie leń się i bądź na topie,
zdobądź wiedzę o syropie
zanim będzie źle.


Znam kilku, co te syropy
wmasowują sobie w stopy.
Grzeje – mówią, tak, jak wełna.
Oto ignorancja pełna,
a co, może nie?

Odrzućcie dziś psychotropy
i czekając na urlopy,
biegnijcie z miłą ferajną
na łąkę syropodajną,
och, nie wiecie, gdzie?


( może u nas nie rośnie?)