co w trawie rośnie

Pewna babcia, (znam ją dobrze, całkiem miła)

będąc w sklepie, odrobinę się zmartwiła,

konstatując, że nabywcza siła

emerytur – znowu się zmniejszyła.

No to co?

Choć straciła, zgoda, nieco na wartości,

starczy przecież na nabycie kurzych kości?!

Mając w kuchni piękną porcję rosołową,

babcia dzisiaj ugotuje  zupkę zdrową!

Otóż to!

Co tam jakaś bieda, dola, czy niedola,

już buszuje dzielna babcia gdzieś po polach

i już wie, co dziś przyrządzi na obiadek

( w domu kupa głodnych wnuków oraz dziadek)

Ha, a co?!

Buszowała babcia w polu, buszowała,

i kucnąwszy, coś tam rwała i zbierała,

a zbierając cicho sobie tak śpiewała:

Tra la la la!

Tak chciał traf,

że wśród pokrzyw oraz traw

rośnie tu bezpłatny szczaw!

Narwę, narwę kobiałeczkę,

będzie szczawiowa z jajeczkiem!

HEJ!

Bowiem według sprawiedliwych, polskich praw,

babcie mogą nadal zbierać chrust i szczaw.

( w każdym razie – na razie!)

Atak bzów

Nie są chyba modne, bo jak obserwuję różne działki, ogródki i domostwa jest ich coraz mniej. Bzów, oczywiście. Wśród gładko wystrzyżonych trawniczków z kilkoma kulkami małych świerczków, okiełznanym klombem tulipanów i wiechami egzotycznych traw, bzy jakoś…chyba…nie pasują? Mylę się?  Nie, nie jestem wrogiem ani strzyżonych trawniczków, ani kędzierzawych traw, każdy ma, co lubi, (albo jak ja ma – bo nie chce jej się kosić.)  W mojej okolicy trochę krzewów bzowych zostało i otoczyły mnie w tym roku. Kilka młodziaków u mnie, sporo za płotem sąsiedzkim i wzdłuż moich spacerowych traktów. Buchnęły! Armia liczebnie niezbyt bujna, ale jak wiemy i mała potrafi  walczyć o swoje. Popatrzcie chociaż na nie, bo, niestety, nie możecie ich powąchać, a ja jestem ich aromatem odurzona!

I te, jeszcze nie wszystkie otwarte i rozwinięte, a już kipiące wprost bzową, pachnącą bielą.

Ile lat będą jeszcze rozkwitać? Kiedy i czy zanikną? Czy ktoś zabezpieczy ich nasiona? Czy ktoś je zniszczy? Czy będą pokazywane pod sztuczną kopułą, okratowane i opisane? Jak długo przetrwają?

Kilka dni i …. do zobaczenia za rok? Oby.  Przypomnę teraz pioseneczkę, która powstała w 1928r kiedy śpiewanie o bzach, łzach i wiosennych uczuciach jeszcze było OK.

ogródkowa sesja tulipanowa

Przyszła pora na inspekcję ogródkową. Oj, nie mam się czym chwalić, ale przedstawię wam kilka egzemplarzy z grupy: ŁADNE KWIATKI! NO! NO!

I zbliżam się, zbliżam, zbliżam, niektóre pozują lepiej, inne z niechęcią. Nie wszystkie lubią być fotografowane na ZIELONYM DYWANIE, ale idę, idę, aż wreszcie….

… nie do wszystkich co prawda zostałam wpuszczona, ha, ale udało mi się wejść do kilku tulipanowych wnętrz. W żadnym nie znalazłam CALINECZKI z baśni H.Ch. Andersena, ale w kilku był bałagan, niesprzątnięte obce nasionka, jakieś śmietki i para robaczków.

Nie mogę się powstrzymać przed kwiatowymi sesjami. Sądzę, że będzie ciąg dalszy, więc kto nie lubi patrzeć na takie kwietne fotki – niech na jakiś czas zrezygnuje z wizyt u mnie.

szybka przechadzka

Na schadzki już raczej nie chodzę, ale przechadzki lubię, zwłaszcza, jeśli połączę je z konieczną inspekcją bliższych i dalszych terenów. Więc ruszyłam moją wąski ścieżką, którą coraz bardziej zarasta nader inwazyjny bluszcz i dalej  za bramę, w prawo, chodniczkiem w kierunku mostu na lokalnej rzeczce i do bagienka przyleśnego.

Jak przypuszczacie, która z tych dróg dawała nam więcej radości z przechadzek?

 ZGADLIŚCIE! A ja idę dalej…

Dochodzę do rzeki i tak, wszystko w porządku. Ciekawi mnie tylko, czy para kaczek spożywająca drugie śniadanie to ta sama co rok temu?

Oparłam się o sztachety mostu i zauważyłam, że nie jestem sama. Tuż pod barierą, w kącie zbudował już sobie pierwszy dom jakiś pajęczak, ale jedyne, co mu się udało złapać w swoją sieć to skraweczek baldachimu mniszka. Smacznego.

Zerkam jeszcze na rzeczkę, „w dal”: OK, – Tak samo wąska jak była., ale wiem, że na przykład kajakarze bardzo ją lubią właśnie dlatego, że sprawia trochę trudności zarośniętymi brzegami i zawalonymi drzewami. W tym roku na resztkach starej kładki(?)  świeża trawa utkała twarzowe zielone bereciki.

Wracam i  widząc z daleka coś białego na zardzewiałej siatce  jednego z ogrodzeń pędzę, żeby zobaczyć co to. No, cóż, nie mam pojęcia jak się tu nabiło to znacznie mniejsze od kurzego jajko?

I dosłownie kilka kroków dalej spotykam leżące na ziemi kolejne, błękitne jajeczko, oj chyba porwane przez kogoś prosto z gniazda. Wnętrze wskazuje na morderstwo!

A już niedaleko domu, za prętami ogrodzenia pewnej milej sąsiadki dostrzegłam niedawno chyba rozwinięte modre oczka niezapominajek, które czasem, z przekory nazywam „dontforgetkami.” Już jest tyle w naszym języku używanych angielskich zwrotów, że jeden więcej różnicy nie zrobi. Daję je na końcu, żeby mieć nadzieje, że przynajmniej część z was nie zapomni gdzie jestem i czasem do mnie tu jeszcze wpadnie

pączki, pączusie, igły i kwiatki

Wiosna pełną gębą, słońce – w słońcu ciepłe, w cieniu – zimne. Nie mogę się rozgrzać. Jednak po kolei, wcześniej, czy później wszystko się z ziemi wysupła, wykluje, wyjdzie, a są już takie, co i zakwitły.  Jeszcze niedawno  gałęzie wyglądały jak suche patyki, a dziś pełno pączków  mniejszych i większych.  W sklepach też. Nawet tanie. Ciekawe z czego zrobione. Ominęłam je delikatnie strzeliwszy tylko fotkę i wsnułam się w „bezmaskowy” już tłum, o dziwnych, takich odrobinę nagich twarzach, bo przecież trzeba coś kupić na te pierwsze majowe dni. Wróciłam. Poszłam na inspekcję mojego tajemniczego, bo zaniedbanego ogródka i też zrobiłam kilka fotek na dowód obecności wiosny. Stąd się wzięły w dzisiejszym wpisie. Pączki i pączusie, igły i wypustki, zalążki i kwiatki. Wszystkim moim gościom, czyli WAM życzę bardzo, bardzo wiosennego weekendu z ciepłem na zewnątrz i z ciepłem wewnątrz waszych domów.

Sesja z lubaszką, ałyczą i mirabelką

W mojej okolicy rosną wszystkie. Nie umiem ich odróżnić w porze kwitnienia. Owoce mają różne, żółte, różowe, czerwono-fioletowe. Niektóre pamiętam z dzieciństwa – wtedy były żywopłotami. Dziś obok wyrośniętych i starych już prawie łysych drzew rosną różne młódki. Podobno wszystkie są wielką rodziną LUBASZEK  z takimi odmianami jak : mirabelka (żółta, słodka), prunelka ( z meszkiem na skórce), damaszka ( czerwona i fioletowa) i psiarka (z gorzkawą skórką)

Wszystkie ubrane w białe, mniej lub bardziej bogate kwieciste sukienki

I wszystkie o perfumowanych słodkim zapachem kwiatach

A to, co słyszę, to nie jest ich śpiew. To rozkoszne mruczenie uwijających się w pyłku pszczół

korzenie, pnie i gałęzie

Nie, nie, rzecz nie dotyczy  ani  pnia mojego, czy waszego rodu, ani jego takich czy innych odgałęzień, ani też rodzinnych korzeni. Chodzi o prawdziwe korzenie, korzonki, te wystające z ziemi i te ukryte, te leżące na drodze i spłaszczone na placek  ciężkim pojazdem i o te wyławiane z różnych wód, a także o te wykopywane z różnych powodów i pozostawione. Ja je lubię i czasem zabieram do domu. Niektóre wiszą sobie na ścianie, inne podpierają ściany domu, jeszcze inne nic nie robią, tylko sobie sterczą obok  różnych pni wśród moich roślinek.

Oglądając je z różnych stron i w różnym, własnym nastroju, raz  widzę  kosmitę, raz leniwca wiszącego na drzewie, raz morskie fale, albo  aligatora, albo bijące się dziwadła, albo ptaki. Są też dni w których widzę po prostu tylko korzenie i wtedy wiem, że nie jestem w najlepszej formie, że  zamiast rozglądać się z ciekawością po świecie, coś wymyślać, tworzyć, analizować powinnam usiąść w kącie, sięgnąć do moich zapasów folii bąbelkowej i rozgniatać, „wypstrykiwać” z tych cholernych bąbelków wszystko, co się da. Czasem potrafię wypstrykać metr kwadratowy, ale chyba lepsze to niż pstrykanie w coś innego, lub nie daj Boże, w kogoś.!?

Zbliża się tak, czy owak sezon letnich wypraw do lasów, nad jeziora, czy gdzie tam nas nogi, auta, pociągi czy samoloty poniosą, więc kto lubi, niech przeszukuje brzegi wód wszelkich, gąszcze, piachy, zagajniki i bory. Ręczę, że  na COŚ się natknie. 

Czy ktoś z was też czasem pstryka w foliowe bąbelki?

Zimowa wiosna – aneks do 2.04.2022r

                    Tylko dla zainteresowanych tematem przetrwania

Data opisanego wcześniej zjawiska wiosennego : 2 kwiecień 2022

Kto wpadł do mnie 2 kwietnia, to wie że było TAK:

Warstwa śniegu : +- 20 – 25 cm.

Trwałość : +- 24 godziny. Topniał powoli chlastany kolejnymi wiatrami, podgrzewany krótkimi momentami bladawego słońca

Losy roślin:  Wspaniałe, kochane, urocze smarkate cebuliczki, bukietowe wrzośce  oraz pojedyncze, dzbaniaste i wiotkie krokusy  przetrwały!! I po otrzęsieniu się z tego białego, zimnego, lekko przyduszającego je śniegu żyją nadal !

Pozwólcie, że dzisiaj wam  przytoczę bardzo uroczy wiersz (Nie mój! Nie mój!) z jakże aktualnym westchnieniem:

Paweł Gołuch

Byle do wiosny

W grube, zimowe płaszcze ubrane,
Na skraju lasu dwie stare sosny,
Zmęczone długim śniegu dźwiganiem,
Szepczą do siebie: „Byle do wiosny”.

Śpią, białym kocem przykryte pola,
A strach na wróble patrzy zazdrosny
Jak rośnie bałwan obok przedszkola,
I wzdycha ciężko: „Byle do wiosny”.

Sikorki mocno w siebie wtulone
Próbują przetrwać mróz bezlitosny.
Póki nie wróci do nich skowronek
Powtarzać będą: „Byle do wiosny”.

I chociaż bardzo ważna jest zima,
Jak słowo „kocham” w wierszu miłosnym,
To chyba każdy w końcu zaczyna
Nucić pod nosem: „Byle do wiosny”.

NUCIĆ??  JA JUŻ RYCZĘ GRUBYM GŁOSEM!!!

 

 

 

Wiosna – 2 kwiecień 2022r.

„Kwiecień – plecień, bo przeplata.

trochę zimy, trochę lata.”- czyli

 FOTOREPORTAŻ Z PODWARSZAWSKIEJ WSI – godziny 9 – 12

Pa, pa, moje pierwsze kwiaty, żegnam się z wami na wypadek gdybyście nie przetrwały. Słyszycie mnie?

” W kwietniu posucha, niknie rolnikom otucha”

„Kwiecień, kiedy deszczem plecie, to się maj wystroi w kwiecie”

Biorąc pod uwagę powyższe przysłowia to może i dobrze się stało, bo sucho już było okrutnie, a teraz topniejący śnieg coś tam nawilży.

 

No, coś się pojawiło, ale…

Żeby była jasność – mieszkam w podwarszawskiej wsi. W Warszawie – ciepło, widać wiosenkę w forsycjach między murami, a tu, u mnie – zimno. Zimno i sucho, a które rośliny to lubią? Pozwólcie mi zatem odrobinę znów pojęczeć, bo po kolejnej wyprawie  pt: „SZUKAM WIOSNY”  na drodze prowadzącej nad rzekę i do lasu znalazłam  PUSTKĘ. Nic się jakoś nie zieleni, ani nawet nie seledyni (chyba nie ma w użyciu takiego określenia!? Ale, co tam!

 Coś się jednak wykluło na moim, ha, areale, więc właściwie nie powinnam biadolić, chyba…że….sprawdzi się zapowiedź  incydentu o charakterze zimowym i oprócz mnie, zmarzną jakieś kolejne miłe mi, chociaż ubogie okazy  flory. 

Pytają się czasem moi mili  goście:

JUŻ CI KWITNĄ  WRZOSY?? ALEŻ SKĄD! TO WRZOŚCE!

(Wrzosy, owszem, też mam, ale kwitną przykładnie we wrześniu)

( Wrzosiec – Erica, to wieloletnia krzewinka, owszem, z rodziny wrzosowatych, ale trochę mniejsza. Na łodyżkach wyrastają listki jak drobne igiełki  i kolorowe kwiatki o kształcie zwisających dzbanuszków. Kwitną od końca lutego lub od początku marca i można je czasem podziwiać aż do maja.)  

I co jeszcze?

KRZAK TAWUŁY NIEŚMIAŁO WYPUŚCIŁ LISTKI Z RÓŻEM, A KWITNIE BIELĄ.

WYSKOCZYŁY KULKI HIACYNTÓW (mam małą grupkę) OBY ZAKWITŁY PRZED MROZEM!!

CEBULICZKI ODWAŻNIE SIĘ PRZEBIŁY PRZEZ STARE LIŚCIE – same się rozchodzą po działce.

PAN BEZ ( ten OD ŁEZ) TEŻ WYPUŚCIŁ OBRZMIAŁE PĄKI

Nie będę już się  bać, że będzie u mnie pusto, więc się do wszystkich wiosennie i ciepło-babciowo uśmiecham, mając nadzieję, że zapowiadane burze śnieżne otulą tylko miło moje początkujące roślinki i krzywdy im nie zrobią ! Hej!