Mam nadzieję, mam nadzieję, mam nadzieję, że Święto Wielkanocne to jest czas podczas którego wśród nas i dla nas wszystkich ludzi, Zmartwychwstaje DOBRO. Życzę Wam pokoju i spokoju, zdrowia, oraz radości z każdego dnia.















































(nie jestem autorem tej fotografii)


Przypomnienie, wspomnienie:




W ciągu kilku ostatnich dni było, jak często określa złą pogodę moja szwagierka,” SZARO, BURO I PONURO.” Opis ten wyjątkowo pasuje również do stanu mej duszy, psyche, czy też jestestwa, (jak go zwał, tak go zwał). Jestem pewna, że Was też nie omija to zróżnicowanie nastroju. Jak w życiu, tak i w pogodzie:


Z Wami też się nie spotykałam, bo w tym okresie sponurzałam, zszarzałam i….co zrobić z tym BURO… bo przecież nie mogę użyć wyrażenia, że ZBURACZAŁAM, chociaż…też by pewnie pasowało. Dość powiedzieć, że wpadłam w to oglądając i słuchając wieści z kraju i ze świata. Nie będę opisywać, bo sami doskonale wiecie, jak to wygląda i co się dzieje, a jeśli ktoś nie jest zorientowany to, proszę, niech się trzyma z daleka od wszelkich środków masowego przekazu, o ile to możliwe, ale przecież wiem że NIE. I tak zniechęcona tym światem – zaniechałam pisania. Poprawiło mi się odrobinę po telefonie od Grażyny, z którą łączy mnie „współbabciowość” – mamy po prostu te same wnuki, ale nie tylko, bo przez kilka sekund ostro chichrałyśmy opisując sobie wzajemnie bóle, troski i poczynania. Krótki i histeryczny, babski incydent. Wykorzystując tę chwilę, chcę się Wam zatem przypomnieć krótkim, może nie histerycznym, ale babskim tekstem.
na moje wariackie rymki.
Ktoś mądry mi zaraz powie,
oj, źle się zabawiasz słowem,
no, cóż, moi mili, trudno,
ale żeby nie głupotki,
durne rymki, bzdurne plotki,
to byłoby nudno.

Ojej, ojej, ojej, olej,
grzałam na patelni olej
i wrzucałam, och, holender ,
szczypior, miętę i kolendrę!
Jasny jest dla wielu żon,
fakt, że świeży kardamon
i wszelkie przyprawy zielne
wysypane na patelnie
skwierczą bardzo, bardzo cicho,
nie pilnujesz, niech to licho,
spalą się! I to się stało,
wszystko w kuchni mi śmierdziało,
i choć mieli zjeść go goście,
obiad leży na kompoście.
Moi goście mieli za to
chleb – z masłem, z dżemem, z herbatą.

PS. Dżem agrestowy też od Grażyny! Dziękuję.










I były omlety, smażone a’ la chińszczyzna ( z makaronem) oraz normalne kotleciska. Kilka kiści musieliśmy podarować rodzinie. Tak, to BOCZNIAKI. Czekamy na kolejny RZUT.
Kilka dni temu wspominałam Polską Kronikę Filmową, która dawno temu poprzedzała w kinach właściwą projekcję. Już po wpisie oglądałam jej kolejne wersje z różnych lat i trafiłam na tę oznaczoną – lata 50-60 (3/5) . Patrząc na reporterski zapis ludzkich kolejek ustawiających się wówczas po różne artykuły przypomniałam sobie, że w zakamarkach szaf przeznaczonych na rodzinne pamiątki musi się kryć kilka tak poszukiwanych wówczas numerów czasopisma „Dookoła Świata.” I znalazłam! Pierwszy numer ukazał się 1 stycznia 1954roku.
Warto może zerknąć dlaczego po tę gazetę ustawiały się równie długaśne kolejki jak po kozaczki, papier toaletowy, czy słoiki. Było to niewątpliwie lekko, ale jednak uchylone OKNO NA ŚWIAT, bo chociaż teksty musiały być „ozdobione” poprawnie politycznymi komentarzami, to były, jak na tamte czasy bogate tematycznie. Dziś z trudem to oglądam, ale, o dziwo, nie tyle ze względu na teksty, ile na stronę techniczną tego tygodnika – ponury, często rozmazany nieco druk ze źle dobraną czcionką, marna jakość papieru i mizerna edycja fotograficzna, której oczywiście nie ma co porównywać z dzisiejszymi możliwościami w tym zakresie. A co w środku?






To tylko kilka przykładów stron tytułowych ” Dookoła Świata” Na odwrocie pojawiały się często opowiadania, nowele i fragmenty nie zawsze dostępnych na rynku książek – zachęcały do sięgnięcia po lektury. W tamtych czasach czytano. Tygodnik miał być przeznaczony teoretycznie dla młodzieży, ale tylko teoretycznie. Ganiała za nim cała rzesza dorosłych obywateli Polski Ludowej.






















